Zapraszamy do grona SpinDoktorów!
Jeżeli interesujecie się marketingiem politycznym, chcecie i potraficie pisać ciekawe artykuły dotyczące tego tematu, zapraszam Was do współtworzenia portalu spindoktorzy.pl.
Jeżeli interesujecie się marketingiem politycznym, chcecie i potraficie pisać ciekawe artykuły dotyczące tego tematu, zapraszam Was do współtworzenia portalu spindoktorzy.pl.
Politycy polscy są w większości sprinterami. Stać ich czasem na szaleńczy bieg, efektowny finisz, ale wszystko to na krótkim dystansie. Jest paru średniodystansowców i ci budują swój wizerunek nie na jakimś bieżącym wydarzeniu, ale na idei. Długodystansowców, budujących wizerunek na refleksji nie ma. Są ratlerki, pudelki, dogi, że o bulterierach nie wspomnę. Żubrów nie ma.
Mówi się, że wytrawny polityk ćwiczy pewien zespół zachowań i nawet w sytuacji niespodziewanej „zagra” tak, jak tego oczekuje od niego publiczność. Może to zabrzmi cynicznie, ale dotyczy to także sytuacji wielkich katastrof. Spójrzmy, jak to wygląda od 24 godzin w Chile.
W mediach za dużo ostatnio Jarosława Kaczyńskiego. Janusz Palikot poczuł się zapomniany i pominięty. Jednak dla Palikota powrót na języki, nawet w sytuacji, gdy większość skupia się na zrozumieniu działań Kaczyńskiego nie stanowi większego wyzwania. Wystarczy wpis na blogu i zapowiedź możliwości startu w wyborach z własną partią.
Moda na listy, adresowane do niektórych a kierowane do wszystkich, jest w PiS-ie na tyle utrwalona, że z konwencji tej postanowił skorzystać nawet sam prezes Kaczyński. Jego list został, zgodnie z obowiązującą konwencją, upubliczniony. Co ciekawego w nim odnajdujemy?
Problemem współczesnej komunikacji politycznej (i nie tylko) jest to, że coraz mniejszą uwagę zwracamy na to , co się mówi, a coraz większą na to, jak. Pół biedy, gdy dotyczy to tzw. wielkiej polityki, gdzie komunikacja z konieczności odbywa się na wysokim stopniu uogólniania spraw. Gorzej, jeśli to schodzi na dół.
Wszyscy pamiętamy Jarząbka śpiewającego do szafy „łubudubu, niech nam żyje prezes naszego klubu”. Jeszcze nie tak dawno, w trakcie kampanii prezydenckiej poseł Migalski skłonny był śpiewać hymn ku czci swojego prezesa, nie tyle do szafy, co przed kamerami.
Mówienie tego co ślina na język przyniesie przez bardzo długi okres było domeną, czy też znakiem rozpoznawczym Lecha Wałęsy. Po wielu latach społeczeństwo się przyzwyczaiło do takiej formy wypowiedzi. Jeszcze w trakcie prawyborów w PO mogliśmy zaobserwować, że Bronisław Komorowski ma podobne zapędy; nikt nie spodziewał się, że takowe posiada również Jarosław Kaczyński.
Ja, czyli kto? Tłum. Tłumy strajkujące na ulicach Warszawy wskazały drogę do osiągnięcia celu. Im głośniej się krzyczy, tym większe prawdopodobieństwo, że ludzie na stołkach to usłyszą. Jak jeszcze w przypadków związkowców można przyjąć, iż walczyli w słusznej sprawie większości, tak w przypadku walki pod Pałacem Prezydenckim już niekoniecznie.
Zadarł z PiS-em. Pewnie nie wiedział co czyni, pewnie gdyby wiedział, nigdy by PiS-owi nie podskoczył. No ale stało się. Europoseł PiS-u Marek Migalski się wkurzył i aż strach pomyśleć co teraz z nim będzie.