Próba wody

Tagi: , , , , , ,

Próba wody http://www.flickr.com/photos/87791108@N00/242992446/

Na ogół udowodnienie kobiecie, że jest czarownicą było prostsze i bardziej oczywiste, niż zamach smoleński. Wrzucało się ją po prostu do wody. Jeśli tonęła, była niewinna, znać diabeł jej nie pomagał. Jeśli unosiła się na wodzie, była czarownicą. To oczywista oczywistość.

Proszę wybaczyć ten dziwny nieco wstęp, ale studiując ostatnio akta XVII wiecznego procesu o czary, zauważyłem ciekawe zjawisko. Ponad połowa świadków zeznających w procesie nie miała niczego istotnego do powiedzenia. Ale stawali przed sądem i składali zeznania typu „słyszałem, że ona jest czarownicą”. Z punktu widzenia wartości dowodowej – zero. Po co więc ich powoływano i dlaczego zeznawali? Po namyśle doszedłem do wniosku, że wartość ich zeznań miała znaczenie drugorzędne. Sprawdziwszy ich status społeczny stwierdziłem, że byli to ludzie w stopniu bardziej, niż przeciętny zależni od lokalnej władzy. Ponieważ proces wytoczyły osoby mające realną władzę, wystąpienie w roli świadka było rodzajem testu lojalności wobec nich. Bez względu na to, że robili z siebie głupków.

Zwyczaj ten nie zaginął w pomroce dziejów, jako że był skuteczny do bólu. Stosowała go władza wszędzie, jak świat długi i szeroki. W PRL-u, szczególnie w jego pierwszym okresie,  modna była samokrytyka, nawet bez konieczności popełniania grzechów.  Starzy komuniści przyznawali się do rzeczy, o których nawet nie pomyśleli. Wszystko dla dobra sprawy. Takie wyznania, często połączone ze wskazaniem niewinnych „współwinnych”,  skutecznie rwały więzi środowiskowe delikwenta uzależniając go coraz bardziej od władzy. Delikwent nie miał już przyjaciół, nie miał miejsca, do którego mógłby iść i żyć spokojnie. I o to chodziło.

Kiedy jakiś miesiąc temu A. Macierewicz wystrzelił z twierdzeniem, że uderzenie w  40 cm brzozę nie mogło spowodować urwania się skrzydła samolotu, wszyscy potraktowali to tak, jak na to zasługiwało, czyli błazeńską krotochwilę.  Internet i wszystkie inne media bawiły się nieuctwem posła przez czas jakiś i rzecz wydawała się dostatecznie ośmieszona, by już nikt normalny do niej nie wracał. No i nie wrócił. Wrócił za to prezes PiS. Mało tego. Rozbudował idiotyzm o kolejną rewelację, że TU 154 to przebudowany bombowiec.

Dlaczego pan prezes wystrzelił z taką bzdurą dawno wyjaśnioną, a przede wszystkim wyśmianą? Oczywiście, można iść tropem Janusza Palikota i sądzić, że prezes zwariował. Obserwując jednak reakcje pretorian prezesa, wątpię, czy poseł Palikot ma rację. Mam wrażenie, że widzę kolejny proces czarownic i świadków zeznających bzdury, ale za to takie, które upewnią hegemona o ich lojalności.  Człowiek, który skompromituje się wypowiadaniem kretynizmów, nie bardzo będzie miał dokąd iść. Żadna partia go nie przyjmie. Jako pierwszy test zaliczył poseł Błaszczak bez zmrużenia oka powtarzając brednie za wodzem.  Może odetchnąć, przez jakiś czas jest bezpieczny. Kto następny?

Nie zaliczyła posłanka Jakubiak.  Nie pomogły wybitne kwalifikacje, tak podkreślane przez śp. pamięci prezydenta, a sprowadzające się do umiejętności parzenia ziółek. Nie pomógł niemal religijny stosunek do zmarłego brata prezesa. (Nawiasem mówiąc, to już druga po pani Krzywonos osoba, deklarująca sympatię do zmarłego, która popada z prezesem w konflikt. Jeszcze jeden dowód na to, że nie brat jest ważny dla J. Kaczyńskiego, a mit, który on chce zbudować, wbrew faktom i wbrew świadkom, nawet życzliwym). Zaliczyła pani mająca odbudować pomorskie struktury partii.

w warunkach wojny wymagana jest lojalność i mobilizacja, a nie „rozejście się na wcześniej upatrzone stanowiska czy chodzenie po mediach”. Szefowa PiS w okręgu gdańskim uważa, że „partia zmierza w dobrym kierunku, bo w warunkach wojny po prostu trzeba wymagać lojalności i mobilizacji oraz znać swoje miejsce w szeregu”.

Oczywiście pozostaje kwestia, czym jest lojalność. Wierność zasadom reprezentowanym przez partię, czy służalczość wobec prezesa, ale przecież w PiS nikt sobie takich pytań nie zadaje. Dołączają już inni.

od pewnego czasu było rozprężenie i brak pracy zespołowej, więc nic dziwnego, że musiał nadejść moment pewnego zdyscyplinowania. Naszą partię drążył problem prywaty medialnej, brakowało jasności przekazu. Niektórym chodziło o liczbę wystąpień w mediach, a nie zwracali uwagi na jakość przekazu. Prezes zwracał na to uwagę, ale to nie przynosiło efektów. Konieczne było podjęcie środków dyscyplinujących – powiedział Zbonikowski.

Historia twierdzi, że z reguły tyran staje się najokrutniejszy tuż przed swym upadkiem. Oczywiście, nie śmiałbym nazwać pana prezesa tyranem (choćby dlatego, że bywali wśród nich ludzie odważni), ale kiedy czytam coś takiego

Według statutu PiS szef ugrupowania może postanowić o zawieszeniu „w związku z uzasadnionym przypuszczeniem, iż (działacz PiS) naraził dobre imię lub działał na szkodę PiS”.

to wiem, że niejeden I sekretarz pozazdrościłby panu prezesowi partii  funkcjonującej w demokratycznym  kraju.

Prezes Kaczyński nie jest idiotą, nie zwariował. On tylko już pojął, że przegrał właściwie wszystko, co można było przegrać. Nie wygra już żadnych wyborów, żadnej politycznej batalii. Broni więc z zimnym okrucieństwem tego, co mu zostało. Fizycznej niemal władzy nad ludźmi ze swojej (w dosłownym tego słowa znaczeniu) partii. Wie, że może to osiągnąć upodlając ich do granic wytrzymałości, każąc im robić rzeczy, których wstydziłby się przeciętny menel, kompromitując tak, by oprócz niego nie mieli już nikogo. Wie, że tylko tacy, którzy nie będą mieli dokąd odejść, zostaną przy nim do końca. Trawestując „Psy” – jego lub ich.

Jerzy Łukaszewski

  • Share/Bookmark

Jeden komentarz do “Próba wody”

  1. Jakże okrutna charakterystyka prezesa. Byc może najbliższa prawdy.

Skomentuj