Jak się tworzy legendę
Tagi: Jarosław Kaczyński, kreowanie wizerunku, Lech Kaczyński, marketing polityczny, PiS, PO, SLD
http://www.kinopolska.com/admin_1/xina/plugins/ImageManager/demo_images/O_dwoch_takich1__425x340_.jpg
Po śmierci Marylin Monroe, Johna F. Kennediego czy też Elvisa Presleya zagorzali fani gwiazd podważali tę śmierć lub jej okoliczności. Do dziś kwestionuje się samobójstwo aktorki, faktyczną śmierć piosenkarza i okoliczności zabójstwa polityka. Teraz Polska.
Do wykreowania legendy, mitu wystarczy śmierć. To tak wiele i tak niewiele – w zależności, z której strony popatrzeć. Śmierć mamy. Czyją? Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Jaką? Tu pojawia się kilka wersji. Na początek była to śmierć męczeńska. Brat zmarłego i jego najbliższe otoczenie chciało nam wmówić, iż prezydent zginął za swoje przekonania z ręki wrogów wyznawanej przez niego ideologii. Bardzo naciągane. Następnie mieliśmy zbrodnię, która ostatecznie miała być zbrodnią polityczną. Następnie wręcz zamach, sabotaż ze strony rosyjskiej. OK. Jeśli choć jedna osoba będzie przez to lepiej spała – to niech tak będzie. Wszak nikt nie zabroni nam interpretować rzeczywistości przez pryzmat własnych przekonań.
Jedną rzeczą jest, gdy ową rzeczywistość tłumaczy sobie statystyczny Kowalski, inną, gdy rzeczywistość kreuje przywódca partii, nawet opozycyjnej. W Gazecie Wyborczej możemy przeczytać:
Ci, którzy pomniejszają rolę Lecha Kaczyńskiego”, boją się, że w obliczu nieuchronnej kompromitacji Lecha Wałęsy to on stanie się „symbolicznym patronem ruchu solidarnościowego”. W tym Kaczyński widzi niechęć do upamiętnienia jego brata.
Zdziwiłby się niejeden, gdyby brat zmarłego prezydenta nie chciał upamiętnić jego osoby. Patrząc obiektywnie to z uwagi na wielkość tragedii smoleńskiej upamiętnienie to się należy – tak prezydentowi, jak i pozostałym ofiarom. Jednym ze sposobów, niejako wyróżnienia Lecha Kaczyńskiego był pochówek na Wawelu. Okoliczności tego pochówku to już inna kwestia.
Prezes PiS domaga się pomnika Lecha Kaczyńskiego. Ja pytam dlaczego? Lech Kaczyński nie jest jedynym prezydentem, którego życie zakończyło się w tragicznych okolicznościach. Przypominam także, że na pokładzie TU-154 skończyło się także życie ostatniego prezydenta Polski na uchodźctwie, Ryszarda Kaczorowskiego. Śmierci Narutowicza, także prezydenta przypominać chyba nie ma potrzeby. Zatem, nim stanie pomnik Lecha, może upamiętnić najpierw pozostałych nie żyjących już prezydentów? A żeby nie było sporu, kto pierwszy, proponuję pierwszeństwo według dat śmierci.
Według Kaczyńskiego dorobek jego brata jest niepowtarzalny, ale Polska, która go uczci, „nie będzie Polską, której oni chcą”. „Tak jak Piłsudski nie mógł być symbolem PRL. Tak samo Lech Kaczyński – przy całej nieporównywalności postaci – nie może być symbolem kondominium rosyjsko-niemieckiego w Polsce”.
Nie rozumiem. Czyż dorobek każdego z prezydentów jest niepowtarzalny? Z czego wynikać miałaby wielkość Lecha Kaczyńskiego i dlaczego większy miałby być od pozostałych prezydentów? Przecież to nie okoliczności śmierci stanowią o wielkości człowieka, a jego czyny za życia.
Jarosław Kaczyński bardzo usilnie walczy o pamięć o swoim bracie. W mojej opinii nie jest to konieczne, gdyż właśnie ze względu na okoliczności śmierci Lecha naród będzie go pamiętał lepiej niż jakiegokolwiek jego poprzednika. A może właśnie o to chodzi? Że dokonania te nie są tak wielkie by naród miał pamiętać?
To Lech Kaczyński będzie symbolem „S” – Bo Wałęsa sprzeniewierzył się jej ideałom.
Sądzę, że Wałęsa stał się symbolem Solidarności z bardzo prostego powodu: był głośniejszy, było go więcej i nikt go wtedy nie powstrzymywał. Te 30 lat temu nie było nikogo, kto głośno powiedziałby, że Wałęsa sprzeniewierza się ideałom „S”. To wychodziło, mniej lub bardziej przez kolejne dekady. Wychodziło w ramach walki o władzę. I właśnie okoliczności, w jakich wysuwane były wnioski sprawiają, że niektórzy szczerze wątpią w brak uczciwych zamiarów Lecha Wałęsy i uczciwość zamiarów Jarosława Kaczyńskiego. Nie wątpię oczywiście, że podejmie wysiłek by symbolem stał się jego brat – skoro on sam nie może – sądzę jednak, że symbolem pozostanie Wałęsa, gdyż nawet „Bolek” mu w tym nie zaszkodził. Niesmaczne jest jednak przekonanie Kaczyńskiego, że to on może kreować rzeczywistość, że może narzucić swoją opinię i wolę wszystkim swoim rodakom i całemu światu.
Widzę człowieka, który robi co w jego mocy by stanąć na piedestale. Widzę człowieka, który jest tak przekonany o słuszności poglądów, że poglądy inne z góry nazywa złymi, a ludzi je wyrażających ‘nie Polakami’. Widzę też małość Jarosława, która nasila się od śmierci jego brata – tak jakby Jarosław nic nie znaczył bez Lecha. Może jest w tym jakaś prawda, skoro rządy Jarosława spotkały się ze sprzeciwem społeczeństwa i skończyły się nim minęła połowa kadencji rządu. Sam Lech Kaczyński też nie cieszył się zbyt dużym poparciem społecznym, jednakże widzę w tym winę Jarosława, którego zachowanie, w połączeniu z posłuszeństwem Lecha wobec partii działało na niekorzyść prezydentury.
Desperacja Jarosława Kaczyńskiego nie prowadzi do niczego dobrego. Jako prezes partii opozycyjnej powinien wytykać błędy rządu. Teoretycznie to robi, w praktyce nie chodzi o brak kultury polityków partii rządzącej czy też bezpodstawne zarzuty odnośnie odpowiedzialności za katastrofę smoleńską. Dlaczego nie słyszeliśmy, by Jarosław Kaczyński kwestionował słuszność podnoszenia podatku VAT oraz propozycji innych rozwiązań załatania dziury budżetowej? Dlaczego prezes nie wypowiedział się w sprawie ewentualnego zamrożenia wpłat składek emerytalnych do OFE? Słyszeliśmy natomiast sprzeciw SLD i ich propozycje rozwiązania problemów finansowych państwa. I tu też nie ma co liczyć na silną opozycję, gdyż głos lewicy jest de facto ledwo słyszalny.
Zatem o co chodzi? Jedna partia opozycyjna ustami i działaniami prezesa skupia się na stworzeniu legendy i mitu Lecha Kaczyńskiego, a druga pomrukuje z dezaprobatą pod nosem. Natomiast partia rządząca cieszy się monopolem władzy robiąc co chce, a nie co powinna.
Justyna Frankel

Ja traktuje teraz Jarosława Kaczyńskiego jako rozgoryczonego, cierpiącego człowieka która nie potrafi na świat patrzyć inaczej niż przez pryzmat osobistej tragedii. Współczuję mu , ale uważam że w takiej dyspozycji powinien odejść ze świata polityki.