Dopełnienie

Tagi: , , , , , ,

Dopełnienie

Wśród naszych polityków można znaleźć takich, którym propaganda nie jest obca. Jednak sprytne hasła i interpretacja rzeczywistości trafia tylko do zwolenników, tych w opozycji już trudniej przekonać. Nasi politycy powinni brać przykład od mistrza propagandy: rządu, a przede wszystkim prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Stany Zjednoczone oficjalnie zakończyły wojnę w Iraku. Moglibyśmy rozpocząć rozważania od wymyślenia powodu rozpoczęcia tej wojny. Oficjalnie wojska amerykańskie przybyły do Iraku, by wyzwolić naród iracki spod reżimu Hussaina. Oczywiście oficjalnie. Można wprawdzie zadać pytanie, czy na Kubę, wyzwalać naród kubański spod reżimu Castro nie mieliby bliżej, ale nie sądzę, aby odpowiedź była satysfakcjonująca. Irak był ‘łatwiejszy’.

Większość pamięta od czego się zaczęło. Atak na WTC w 2001 roku, podejrzenia o posiadanie broni atomowej przez Irak. Tak. Wtedy atak był uzasadniony. Tym większa była radość, im szybciej obalono Hussaina i niszczone były jego pomniki. Radość się skończyła w chwili, gdy amerykanie stanęli przed problemem pt: „i co dalej?”. Pomysłu na dalej nie było, wojna trwała. W między czasie prezydent się zmienił. Nowy prezydent, mesjasz Obama dostał nawet pokojową nagrodę Nobla za obietnicę wycofania wojsk amerykańskich z Iraku i Afganistanu. Sielanka.

Ale oto mamy dopełnienie. Dopełnienie obietnicy.

Po siedmiu i pół roku operacje bojowe wojsk amerykańskich w Iraku dobiegły końca. USA zapłaciły wysoką cenę za to, by przyszłość Iraku znalazła się w rękach samych Irakijczyków. Ta wojna jest już zakończona – i to nie tylko w interesie Iraku, ale także naszym własnym.

Przepraszam, ale coś jednak przeoczyłam. Czy Hussain nie był Irakijczykiem? Czy po obaleniu jego dyktatury w kraju nie pozostali Irakijczycy? Znaczy, że z kim oni się bili przez te ponad 7 lat? Czyż nie zginęło więcej Irakijczyków niż amerykanów? W interesie Iraku było zakończyć tę wojnę na długo przed tym, jak kraj został zniszczony a tysiące niewinnych straciło życie.

Barack Obama nie zapomniał poinformować swojego narodu, iż kraj nadal walczy z Al-kaidą. Ba! Naród amerykański dowiedział się także, iż wojna w Iraku w rzeczywistości była tą samą walką. Zatem na pewno nie chodziło o milionowe kontrakty na odbudowę Iraku, jakie to zostały podpisane z amerykańskimi firmami, nie chodziło o ropę i o to, by wskazać kozła ofiarnego, czyli winnego ataków terrorystycznych.

Także w Afganistanie musimy przekazać Afgańczykom odpowiedzialność za ich bezpieczeństwo i przyszłość.

Poważnie? A po co? Do amerykańskiej armii wstępuje wiele młodych osób, które nie mają pomysłu na życie, nie idą na studnia, wolą zarabiać. Kończąc obie wojny będzie trzeba znaleźć zajęcie dla wielu tysięcy młodych ludzi, którzy swoją przyszłość widzą w obronie kraju.

Amerykański rząd skupia się na krzewieniu w amerykanach określonych poglądów. Przede wszystkim wpajane jest przekonanie, iż Stany Zjednoczone są supermocarstwem, które wyjątkowo zagrożone jest możliwością ataków terrorystycznych. Prezydent Stanów Zjednoczonych jest najpotężniejszym człowiekiem na świecie, a rząd amerykański może dyktować warunki wszystkim innym krajom. W swej wielkości także armia amerykańska wyzwala słabszych, poddanych dyktaturze jednego człowieka. God bless America.

Może i nasi politycy powinni nauczyć się jak skutecznie zrobić wodogłowie swoim wyborcom. Przede wszystkim należy wpoić narodowi prawdę o tym jaki jest. I tu pojawiają się schody. Amerykanie, bez względu na opcję polityczną wyznają zasadę wielkości swojej narodowości. W Polsce, albo jesteśmy ‘zajefajni’, albo narodem męczeńskim. Następnie należy znaleźć wspólnego wroga, do którego nienawiść zjednoczy cały naród. I znowu schody. My nie szukamy wroga poza granicami, wszak wszyscy to nasi przyjaciele – tacy fajni jesteśmy. My mamy wrogów tylko politycznych – w zależności od politycznej opcji. Wiara w to, że God belss też i Poland nie istnieje, a nawet sama wiara dzieli nas na tych wierzących i wierzących, ale nie w boga.

Czy rzeczywiście amerykanie są tacy wielcy a my maluczcy? Czyż i nasi chłopcy nie ginęli nie w naszej wojnie? Co sprawia, że i my dajemy się zwieść amerykańskiej propagandzie? Nie zyskaliśmy nic. To my, Polacy, mamy prawo mówić, że walczyliśmy o wolność Irakijczyków – ich ropy nie zabraliśmy, nie będziemy za ich pieniądze odbudowywać tego, co sami zniszczyliśmy, nawet wizy do USA nie zostaną zniesione. Przypomina mi się Kazik Staszewski i jego, jakże trafne i aktualne słowa piosenki „Świadomość” i „Bagdad”:

Politycy, politycy
na górach grzechu,
podają sobie ręce w fałszywym uśmiechu.

Ta wojna nie jest dla wolności,
to wojna dla korzyści!
I ta wojna nie jest Boża!
To wojna o ropę blisko morza

Justyna Frankel

  • Share/Bookmark

Skomentuj