Perspektywa wizerunkowa
Tagi: Bronisław Komorowski, Donald Tusk, polityka wizerunkowa, polityka zagraniczna, prezydent
http://transportation.ky.gov/progmgmt/images/world.jpg
Jeśli zasadniczym elementem ofensywy rządu w dziedzinie polskiej polityki zagranicznej ma być pokazywanie premiera w towarzystwie przywódców najważniejszych państw, nie wróży to dobrze polskiej polityce zagranicznej.
Ogólnie nie jest źle – Donald Tusk otrzymuje autentycznie prestiżowe międzynarodowe nagrody („Tusk będzie wielki”), na zdjęciach widać go w najlepszej komitywie z prezydentem Francji czy z kanclerz Niemiec, no i jeszcze to bezprecedensowa nowa karta w relacjach z Rosją. Nie jest źle? Mało! Tak dobrze nie było nigdy.
Przy czym rzecz jasna wszystko zależy od tego, jakie się zastosuje kryteria. Bo np. według najnowszego raportu Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych rzeczywistość przedstawia się następująco:
Budowana na mocy traktatu lizbońskiego unijna dyplomacja jest w rzeczywistości MSZ starej Europy. Zdecydowana większość stanowisk należy do Francuzów, Włochów, Belgów i Niemców. Ze 115 ambasadorów UE tylko dwóch pochodzi z Europy Środkowej. Węgier reprezentuje Unię w Norwegii, Litwin w Afganistanie. Podobnie jest w centrali tzw. unijnego MSZ, gdzie ponad 90 proc. personelu stanowią obywatele starej Unii.
Czy rząd ma jakiś plan, by te niekorzystne proporcje zmienić? Nie wiadomo, nic podobnego nie komunikuje. Być może zresztą nie widzi takiej potrzeby. Bowiem czy rzeczywiście są one niekorzystne, to też kwestia oceny, więc kryteriów. Wspólna europejska dyplomacja ma być przecież w końcu właśnie europejska, a nie polska, francuska czy bułgarska. Koniec z partykularyzmami. Jeśli w to wierzyć. A na razie strategia ma wyglądać raczej w ten sposób:
Premier będzie pokazywany jako mąż stanu w towarzystwie polityków najważniejszych krajów: np. Angeli Merkel i Nicolasa Sarkozy’ego. A za krajowe problemy odpowiedzialność poniosą ministrowie
A więc polityka zagraniczna jako instrument już nawet nie polityki wewnętrznej, ale ściśle wizerunkowej. I to na krótką metę. Tak przynajmniej zdradził „Rzeczpospolitej” anonimowy parlamentarzysta PO. Tyle że to „Rzepa”, więc co się przejmować? Zawiść i tęsknota za IV RP.
Zupełnie już bez złośliwości, to dobrze, że Donald Tusk potrafi „pokazać się” na forum międzynarodowym, że umie zagadać, wziąć pod łokieć, zażartować. Stylu uprawiania polityki i podtrzymywania kontaktów międzynarodowych nie da się dzisiaj przecenić. Dobrze, gdy jest swobodny, źle, gdy zamknięty, warunkowany resentymentem itd. W końcu Merkel, Sarkozy czy Obama też poklepują, biorą pod ramię, dowcipkują. Bez tego ani rusz, ale wyłącznie z tym też się daleko nie ujedzie, czego najlepszym dowodem znakomite relacje Aleksandra Kwaśniewskiego z sąsiadami zakończone embargiem mięsnym i porozumieniem o budowie rosyjsko-niemieckiego gazociągu północnego.
Czyli co oprócz chwalebnego kumplostwa? Przydałoby się trochę stanowczości, jasnego formułowania własnych celów i inicjatywy. Do objęcia przez Polskę prezydencji w UE zostało mniej niż rok.
Tymczasem mamy deklarację – nie członka rządu co prawda, ale jednak wiemy, na jakim świecie żyjemy – prezydenta Komorowskiego w sprawie jednego z aspektów polityki wschodniej. Że oczywiście stoimy na stanowisku niepodzielności terytorium Gruzji, ale:
(…) ja nie pojadę na granicę tylko dlatego, że wymyślił to sobie prezydent Gruzji.
Te słowa, z wywiadu udzielonego przez prezydenta – znowu – „Rzeczpospolitej” zrobiły karierę i trudno się temu dziwić. Zawarta w tym zdaniu myśl jest całkiem sensowna i bez trudu dałaby się obronić. Można było wyrazić ją na multum sposobów, prezydent Komorowski wybrał jednak najgorszy – obrażając przy okazji prezydenta suwerennego państwa. Po co?! Niektórzy wytłumaczą zapewne, że by zapunktować u Putina, tego rodzaju interpretacja wydaje się jednak nieco zbyt straszna. Za to gdy przypomnimy sobie niedawną kampanię prezydencką, przypomni nam się też być może słowo lapsus.
Wniosek: Donald Tusk powinien zasugerować prezydentowi milczenie również w sprawach zagranicznych. I będzie dobrze. Już jest. Przynajmniej wizerunkowo.

A może zamiast doszukiwać się trzeciego dna, weźmiemy raz rzeczy takimi, jakimi są? Saakaszwilemu należały się ostre słowa i chyba tylko wrodzona łagodność prezydenta Komorowskiego nie pozwoliła mu ich użyć. Facet, który zrobił idiotę z polskiego prezydenta, wystawiając go na pośmiewisko Europy poprzez wpuszczenie w „zamach” (którego jeszcze tylko niektórzy w Polsce nie chcą uznać za zainscenizowana komedię) nie jest prezydentem zaprzyjaźnionego państwa. Jest cynicznym oszustem i dobrze wiedzieć, że nowy prezydent nie ma co do tego wątpliwości.