Łubudubu, niech nam żyje
Tagi: blog, Jarosław Kaczyński, Marek Migalski, marketing polityczny, PiS, prezes
http://files.gadu-gadu.pl/marek-migalski-090cc1d756a4f736f7e00622c47b4852adbf6097.jpg
Wszyscy pamiętamy Jarząbka śpiewającego do szafy „łubudubu, niech nam żyje prezes naszego klubu”. Jeszcze nie tak dawno, w trakcie kampanii prezydenckiej poseł Migalski skłonny był śpiewać hymn ku czci swojego prezesa, nie tyle do szafy, co przed kamerami.
Mimo oddania i lojalności wobec prezesa – które to chyba jest głęboko zakorzenione we wszystkich działaczach partyjnych PiS – Markowi Migalskiemu zdarza się ‘wyskoczyć jak Filip z konopii” i zaskoczyć wszystkich, a przede wszystkim prezesa.
Ostre słowa pod adresem Jarosława Kaczyńskiego padały na blogu Migalskiego nie raz, choć nie zdarzało się to zbyt często. Do czasu. Do czasu przegranych wyborów. Wczoraj pojawił się list otwarty do prezesa, podpisany oczywiście przez Marka Migalskiego.
[...]pozwalam sobie na wysłanie do Pana listu w tej właśnie otwartej formie, bowiem chciałbym, iżby sprawy, o których będzie tutaj mowa, mogły stać się tematem powszechnej w naszej partii dyskusji.
To, że taka forma ‘wysłania’ listu do prezesa pozwala również na to, by dyskutować mogli wszyscy, nie tylko działacze partyjni to już nieważne. To, że ten list może stać się narzędziem w rękach przeciwników partii – też.
Uznałem bowiem, że strategia PiS po wyborach prezydenckich prowadzi nas prostą drogą do klęski wyborczej w nadchodzącej elekcji samorządowej i przyszłorocznej elekcji parlamentarnej. Proszę potraktować ten list jako dramatyczną próbę podjęcia debaty nad możliwością uniknięcia obu tych przegranych, które byłby już piątą i szóstą z rzędu przegraną naszej formacji w konfrontacji z PO.
Słusznie Pan uznał. Przy okazji chciałabym pogratulować dobrej pamięci w wyliczaniu przegranych z PO – Adam Bielan w rozmowie z Moniką Olejnik pamiętał tylko o dwóch. Dramatyzmu Panu również odmówić nie można, gdyż nie jest to pierwsza, poprzez krytykę, próba zwrócenia uwagi na to jakie działania prowadzi prezes i do czego one miałyby prowadzić, a do czego prowadzą.
Polska nie zasłużyła na tak kiepskie rządy, jak obecne. Gabinet Donalda Tuska jest słaby, niekompetentny, ślamazarny, inercyjny, stagnacyjny i gnuśny. Ale może taki być, bowiem nie musi się obawiać opozycji.
Polska nigdy nie zasługiwała, nie zasługuje i nie będzie zasługiwała na kiepskie rządy. Jednocześnie należy pamiętać, iż są to rządy, których Polacy chcą, a decydują o ich kształcie w czasie demokratycznych wyborów powszechnych. PO nigdy nie obawiało się opozycji. Opozycja była wszak wytłumaczeniem tego, dlaczego to rząd nie dotrzymuje obietnic wyborczych.
Platforma może liczyć na to, że wygra przyszłoroczne wybory i będzie współrządzić z PSL lub, co jeszcze gorsze, z SLD. Kiedy słyszę, że władze PiS cieszą się, że nam poparcie …. nie spada, to mam wrażenie dyskomfortu, bowiem przy tak słabych rządach, jak obecnie (co dostrzegają już prawie wszyscy), największa partia opozycyjna powinna cieszyć się zaufaniem większości Polaków. Tak jednak nie jest.
Jeśli nie można cieszyć się z tego, że poparcie rośnie, to można cieszyć się chociaż z tego, że nie spada. Świadczy to o tym, że PiS ma swój twardy elektorat, a wyższe niż obecne poparcie w wyborach prezydenckich było jedynie wynikiem sprytnego zabiegu łagodzenia wizerunku i przekonywania na przekór faktom o lewicowości prawicowej partii.
I jest to, w dużej mierze, Pana wina. To Pan zajmuje w rankingach braku zaufania do polityków jedne z najwyższych lokat. Obaj wiemy, że nie jest to sprawiedliwe, ale też obaj musimy uznawać fakty społeczne (nawet takie, jak błędne mniemania) za byty rzeczywiste.
A czyja to miałaby być? Prezes oczywiście uważa, że tych, którzy przekonali go do grania roli ‘dobrego wujka’ i dlatego odsunął od siebie tych ‘złych’ po przegranej i przytulił na nowo tych ‘dobrych’. Z jednej strony mówi Pan, że prezes nie jest dobrym prezesem ze względu na niskie zaufanie, z drugiej świat jest niesprawiedliwy, gdyż jego poczynania zasługują na najwyższe zaufanie. Zatem to nie prezes powinien się zmienić, ale otaczająca go rzeczywistość – którą notabene stara się kreować według własnych przekonań o słuszności jego myśli nad wszystkimi innymi myślami. Czy aby na pewno?
Był jednak czas, gdy był Pan politykiem lubianym i cenionym – to okres przed 2005 rokiem i czas ostatniej kampanii wyborczej. Pomijając wyjaśnienie przyczyn popularności w tym pierwszym okresie, chciałbym zwrócić Pana uwagę na czas sprzed 4 lipca b.r. Zyskiwał Pan sympatię społeczną i zaufanie, ludzie zaczynali widzieć Pana taki, jakim Pan jest w rzeczywistości, a nie Pana karykaturę. Z każdym tygodniem zdobywał Pan co raz to nowych wyborców. I nagle, po dniu wyborów, to się załamało.
Chciałoby się zanucić Marylkę: “ale to już było, i nie wróci więcej…” Mowa tu o wielu latach wstecz. Z jednej strony można powiedzieć, że Lech Kaczyński tracił poparcie poprzez działania swojego brata w czasie swojej prezydentury. Z drugiej strony Jarosław Kaczyński nie zyskiwał w oczach tych, którzy przyjęli, że ich prezydent nie będzie związany ze swoją partią tak bardzo jak to miało miejsce. Jednocześnie zaangażowanie prezesa w prezydenturę jego brata prowadziło często do sytuacji śmiesznych, żałosnych lub zwyczajnie budzących politowanie. Czasem odnosiło się wrażenie, że to Jarosław jest prezydentem. Jego determinacja i negatywna energia, którą emanował popularności mu nie przysparzały.
Co do ostatnich wyborów. Cóż. Trudno mi uwierzyć, że wykreowany wizerunek ciepłego człowieka był jego prawdziwym. Trudno, gdyż przez ostatnie pięć lat pojawiał się człowiek, który jest na ‘nie’, który neguje co może, sprzeciwia się wszystkiemu, wyraża przekonanie, że tylko jego poglądy są słuszne, a każdy kto myśli inaczej jest złym człowiekiem. Taki człowiek nie budzi sympatii, a co dopiero zaufanie. Poza tym jak ufać komuś, kto dobrze czuje się w roli zatwardziałego opozycjonisty, a na chwilę jest ‘dobrym wujkiem’, ciepłym i życzliwym człowiekiem, który nie chce wojny, o którą zabiegał przez ostatnie lata.
Przegraliśmy wybory prezydenckie nie z Bronisławem Komorowskim, ale z PO.
Amen. Tak panie Marku, przegraliście nie dlatego, że Komorowski miał super pomysł na Polskę i był idealnym kandydatem. Przegraliście, gdyż wasz kandydat nie był od niego lepszy. Przegraliście, gdyż spora część wyborców oddała głos na Komorowskiego tylko po to, by spełnić swój obywatelski obowiązek a przy okazji okazać sprzeciw wobec Kaczyńskiego.
Ogromny kapitał ludzkiego zaufania, który zgromadził Pan w ciągu ostatnich miesięcy, jest obecnie trwoniony.
Tu się nie zgodzę. Otóż kapitał ten, jeśli można to nazwać kapitałem, spalił się w pierwszym tygodniu po wyborach prezydenckich. Patrzeć jak dorosły człowiek, polityk, Polak przede wszystkim, nie potrafi zaakceptować wyników wyborów, jak nie radzi sobie z przegraną, nie umie okazać szacunku swojemu rywalowi, swojemu prezydentowi (!)… co najmniej przykre.
Pana odwaga, upór, niezłomność, przenikliwość polityczna, charyzma i prawość powodują to, że dzisiaj jesteśmy największą partią opozycyjną w Polce.
Na dobrą sprawę panie Marku, jesteście jedyną partią opozycyjną. SLD trudno nazwać opozycją, jeśli w jakieś części ich wizja Polski pokrywa się z wizją rządu. Wasza partia natomiast jest z założenia przeciwna jakimkolwiek działaniom rządu – często odnoszę wrażenie, że nie ważne czy coś jest dobre dla kraju i narodu, ważne, by być przeciw rządowi.
Ale nie możemy stać się ugrupowaniem zwycięskim jeśli poprzestaniemy tylko na tym, jeśli ograniczymy się jedynie do ekspozycji Pana i ludzi do Pana się upodabniających. Partia nie może przypominać grupy nieodróżnialnych od siebie agentów Smithów z Matrixa, którzy byli multiplikacją jednego człowieka. A Pan nie może ogrywać roli Herbertowskiego Damastesa z przydomkiem Prokrustes.
Panie Marku, czy zdaje Pan sobie sprawę z tego, iż często określa się Pana partię sektą polityczną? Tu już nie chodzi o kreowanie medialnego wizerunku. Tu chodzi o to, że słowo prezesa jest złotem, racja prezesa jest jedyną słuszną. Nie ważne kto z partii siądzie przed kamerami – każdy mówi dokładnie to samo, zupełnie jakby dostał tekst od samego prezesa i nauczył się go na pamięć. Nie wynika to ze zgodności przekonań, nie w sytuacji, gdy słowa jednego są słowami kogoś zupełnie innego.
To już ostatnia moja publiczna krytyka taktyki naszej partii po wyborach prezydenckich. Jeśli uzna Pan zawarte w tym liście uwagi za sensowne i zasadne, to będę się cieszył, jeśli wraz z innymi osobami będę mógł podzielić się z Panem także refleksjami nad tym, jak tym negatywnym zjawiskom przeciwdziałać i jakie przedsiębrać środki, by wygrać następne wybory (z oczywistych względów uwag tych nie mogłem zawrzeć w publicznym i otwartym liście, bowiem tego typu kwestie winny być przedmiotem debat zamkniętych).
Dlaczego ostatnia? Czy jeśli prezes będzie nadal pogrążał partię, Pan już nie zareaguje? Osobiście sama chciałabym być świadkiem tego, jak prezes dochodzi do (słusznego) wniosku, że toczenie piany nie jest drogą do wygranej – w jakichkolwiek wyborach.
Jeśli jednak uzna Pan ten list za kolejny przejaw niemoralności lub bezrozumności z mojej strony, z niepokojem i w smutku będę oczekiwał na wyniki PiS w wyborach samorządowych i parlamentarnych. Ale będę za Pana trzymał kciuki. Mimo wszystko.
Trzymać kciuków nie będę, gdyż nie to daje szansę na wygraną. Oczekuję natomiast od partii opozycyjnej tego, że zacznie się zachowywać stosownie. Oczekuję tego, że prezes partii opozycyjnej przestanie zachowywać się jak dyktator i osoba, która ma prawo do kreowania rzeczywistości, decydowania o tym kto jest prawdziwym Polakiem, a kto nie. Oczekuję tego, że partia prawicowa, która tak bardzo podpiera się swoją wiarą, zajrzy do Katechizmu i zacznie się zachowywać tak jak na katolika przystało. Wierzę, że dojdzie do takiej sytuacji, gdzie po słowach ‘kto jest bez winy niechaj pierwszy rzuci kamień’, Jarosław Kaczyński nie rzuci żadnym.
Co do samego tekstu. Panie Marku, dobrze zdaje Pan sobie sprawę z tego, że krytyka Jarosława Kaczyńskiego nigdy nikomu nie przyniosła nic dobrego. Choć ujęte w liście problemy są faktycznie istotne i należałoby przedyskutować dalszą formę uprawiania polityki przez partię to przecież człowiek, który zakłada, iż nie ma takiej możliwości by się pomylił oddał się zadumie nad Pana sugestiami. Z drugiej strony daje Pan jedynie wyraz tego, iż nie ma Pan klapek na oczach i odróżnia Pan rzeczywistość od kreowanej przez prezesa fikcji. Życzę Panu wytrwałości w tej walce, gdyż jest ona nierówna i prawdopodobnie z góry przez Pana przegraną.
Cytaty pochodzą z listu otwartego, opublikowanego na blogu Marka Migalskiego.
Justyna Frankel
