Nikt nam nie wmówi, czyli palenie jarząbka.
Tagi: czerwonoarmiści, grób, Kaczyński, marketing polityczny, Michalik, Mularczyk, pomnik
fot.Vidmo, Joe Monster.org.
Wpływanie na słuchacza sposobem mówienia, intonacją, doborem słownictwa, towarzyszącymi przemowie gestami, to już przestarzały arsenał środków jakie wykorzystywali nasi politycy (i nie tylko). Przeszliśmy na wyższy etap. Znacznie wyższy.
Pamiętne „nikt nam nie wmówi, że białe jest białe…” wypowiedziane w sejmie przez prezesa Kaczyńskiego, wielu potraktowało, jako zabawne przejęzyczenie. Niesłusznie. Jak dowiodła historia, był to początek pewnego coraz silniejszego trendu w komunikacji społecznej, który dziś, po kilku zaledwie latach, stał się panujący powszechnie w naszym społeczeństwie. Najogólniej rzecz biorąc trick polega na oświadczaniu, że widzi się żyrafę tam, gdzie wszyscy widzą np. muła. Jeśli powie się to wielokrotnie, znajdą się tacy, którzy zaczną wątpić we własne zmysły, będzie ich więcej, coraz więcej… no żyrafa, jak byk! Pamiętacie państwo wywołany na siłę skandal z reklamami pod Wawelem? Jest rzeczą więcej, niż pewną, że gdyby nie szum zrobiony przez posłów PiS, niewielu kojarzyłoby ją, tak jak kojarzy się dziś.
To, że próba usunięcia samowoli budowlanej, jaką jest krzyż na Krakowskim Przedmieściu przekształciła się w walkę o krzyż jako taki, jest właśnie kolejną z tajemnic tej nowej metody komunikacji. Niemal nikt już dziś nie podnosi sprawy sprzeczności z obowiązującym prawem , wszyscy „walczą o/z krzyż/em”. Prawdziwy sens wysuwanych przez prezydenta zastrzeżeń jest już tak odległy, że arcybiskup Michalik pozwolił sobie na tego rodzaju „analogię”
W 1983 r. obchodzony był w całym Kościele Rok Święty dla podkreślenia 1950. rocznicy śmierci Pana Jezusa, czyli naszego Odkupienia. W Bazylice św. Piotra w Rzymie umieszczono z tej okazji zwykły, drewniany krzyż. Po zakończeniu Roku Świętego uznano, że trzeba wrócić do poprzedniego stanu, ale co zrobić z krzyżem? Przecież tysiące pielgrzymów modliło się przed nim przez cały rok.
Ksiądz biskup jakoś pomija fakt, że krzyża w Bazylice św. Piotra nikt nie postawił samowolnie (niechby spróbował!), za to przyznaje, iż zaszła potrzeba”powrotu do poprzedniego stanu” Interesujące, prawda? Krzyż w świątyni, a jednak „powrót”? Trzeba było jakoś ten krzyż z Bazyliki wyprowadzić. Tylko jak?
Z pomysłem zgłosiła się do Papieskiej Rady ds. Laikatu grupa młodzieży z Centro s. Lorenzo: są gotowi przejąć krzyż Roku Świętego, jeśli Papież go im przekaże, i pójść z nim do młodzieży różnych krajów w ramach przygotowań do Światowych Dni Młodzieży. Ten krzyż wędruje do dziś po świecie, gromadzi na modlitwie młodzież, jest symbolem zaufania do młodych Jana Pawła II, który go im powierzył.
Straszne. Prezes Kaczyński niewątpliwie uznałby to za „fortel”. No, ale udało się i ten niepotrzebny nikomu w świątyni krzyż poszedł na wędrówkę. Gdyby miało to cokolwiek tłumaczyć, należałoby spytać ks. biskupa, dlaczego ten nasz krzyż nie dostał permisji nawet do tak świętej dla katolików Częstochowy? Ksiądz biskup jednak nie idzie aż tak daleko. Dla niego jest to przykład, że z krzyżem w Rzymie „nie walczono”. Co innego u nas, w dzikim, barbarzyńskim kraju.
krzyż, zwłaszcza ten omodlony, jest znakiem świętym, wypełnia go treść wiary, co dla nas najważniejsze, i nie wolno nim manipulować, gardzić ani go poniewierać.
I wsłuchani w słowa biskupa wierni nie zauważają, że biskup chęć przeniesienia krzyża do kościoła, a przedtem do Częstochowy, nazywa manipulacja, pogardą, poniewierką. Jak na duchownego, ciekawe podejście. Biskup stwarza rzeczywistość, która nie istnieje, ale która jest do zaakceptowania dla wiernych. Nie on jeden zresztą. Przy okazji kolejnej awantury o grób rosyjskich żołnierzy z 1920 r, metoda wmawiania czegoś co nie istnieje odniosła jeszcze większy sukces. Otoczka sprawy dość szczególna. Okoliczna ludność, która przez całe lata przynosiła kwiaty na ów grób „nagle” zaczęła protestować! Tak sama z siebie. To, że na miejscu pojawili się przyjezdni z przygotowanymi transparentami, to czysty przypadek. Ot, przechodzący turyści. Najpierw poszła w lud plotka, że prezydent Komorowski odsłoni pomnik ku czci czerownoarmistów. Kto ją w świat wypuścił, można się jedynie domyślać. To, że prezydent w ogóle nie wiedział o sprawie, to małe piwo. Przecież żaden prawdziwy Polak mu nie uwierzy. Najciekawsze jest to, iż mimo pokazania grobu w telewizji, zamieszczenia zdjęć w mediach, ci którzy chcą wierzyć wierzą, że jest to pomnik „ku czci”. Krzyż (ale ten niesłuszny) jest pomnikiem ku czci. Teoretycznie prawnik powinien zachowywać przytomność umysłu, jeśli go posiada, Tymczasem
Mularczyk uważa, że napis na płycie upamiętniającej w Ossowie miejsce pochówku powinien zawierać informację o tym, w jakich okolicznościach żołnierze Armii Czerwonej znaleźli się w tamtym miejscu – że byli oni najeźdźcami.
Oczywiście. Chętnie usłyszałbym od pana Mularczyka, co powinno znajdować się na polskich grobach na wschodzie. Choć może lepiej tego nie wiedzieć. To, że PiS zaczyna grać coraz większą liczbą nieboszczyków to mnie nie dziwi. Kimś trzeba uzupełniać topniejący elektorat. Nie dziwi mnie też stosowanie metody, której wszak są prekursorami na polskim rynku politycznym. Jeśli mówią, że to jest pomnik ku czci, to jest i zawsze będą tacy, którzy w to uwierzą wbrew temu, co widzą.
Ta metoda, cokolwiek by o niej nie myśleć, jest skuteczna. Od dłuższego czasu ci, którzy ją stosują, dyktują warunki na polskiej scenie politycznej. Wbrew logice, wbrew prawdzie, wbrew wynikom wyborów. I nawet nie przeszkadza im fakt, że jest ona plagiatem z pewnego zdolnego, niemieckiego polityka, który kilkadziesiąt lat temu opracował jej podstawy. Ale co tam, dobremu koniowi nie zagląda się w Goebbelsy.
Jerzy Łukaszewski
