Stan zagrożenia albo umiar zdobi młodzieńca

Tagi: , , , , ,

Stan zagrożenia albo umiar zdobi młodzieńca http://gfx.filmweb.pl/ph/46/08/4608/135022.1.jpg?l=1238968446000

Jeden tydzień, dwaj byli premierzy (każdy z innej bajki) i taka sama diagnoza: zagrożenie demokracji. Bezsprzecznie jest źle, pytanie tylko – z systemem czy z nimi? Tadeusz Mazowiecki i Jarosław Kaczyński doszli do tego samego na podstawie kompletnie różnych obserwacji.

Zacznijmy od pierwszego premiera III RP, bo w mediach pojawia się rzadziej, więc każde jego wystąpienie zasługuje przynajmniej na odnotowanie. W wywiadzie udzielonym tygodnikowi „Polityka” Mazowiecki, nie-historyk z wykształcenia, posługuje się historycznymi odniesieniami i – co gorsza – terminami. Przytaczamy (a co?!) za „Gazetą Wyborczą”:

Były premier krytycznie ocenia dzisiejszą opozycję. Stwierdza, że to, jak się ona dzisiaj zachowuje nie mieści się w granicach opozycji demokratycznej, lecz jest walką z systemem demokratycznym. – Takie postępowanie w I Rzeczypospolitej nazywano rokoszem – mówi Mazowiecki.

Nazywano albo i nie nazywano – ciężko powiedzieć, nagrania się w każdym razie nie zachowały. To, co na temat rokoszu mówią dzisiejsze encyklopedie (np. 30-tomowa PWN), każe już jednak w słowa Mazowieckiego wątpić. Wersja 1). zbrojne wystąpienie szlachty przeciw królowi pod hasłem obrony zagrożonych swobód; 2). pierwotnie zjazd na Sejm całej szlachty, nie tylko posłów. Czysta złośliwość nic nie wnosi, więc wiadomo, że twórcy Unii Demokratycznej chodziło o wersję pierwszą. „Zbrojne wystąpienie”?!

Dziś tak samo jak kiedyś w ten właśnie sposób tworzy się ośrodek antypaństwowej, najostrzejszej z dotychczasowych opozycji. Próbuje się stworzyć wrażenie, że nasze państwo właściwie nie istnieje, nie jest do niczego zdolne, podczas kiedy to ono w czasie kryzysu politycznego, ale także gospodarczego, wykazało wielką sprawność.

„W ten właśnie sposób”? Czyli jaki? Zbrojny? Być może Tadeusz Mazowiecki zbyt dużo czasu spędza z Andrzejem Wajdą, niezależnie jednak od tego większa ostrożność w słowach na pewno nie zaszkodziłaby jakości jego wypowiedzi. Tym bardziej, że przecież gani tych, którzy straszą.

Jeżeli dziś podważa się wszystko, sieje się nieufność wobec instytucji takich jak rząd, prokuratura, sądy w tak dramatycznej sprawie, jaką jest dochodzenie przyczyn katastrofy smoleńskiej, jeżeli wykracza się poza granice Polski i sieje nieufność także na zewnątrz, to już nie mamy do czynienia z opozycją demokratyczną, która patrzy władzy na ręce.

Nazywając obecną opozycję „najostrzejszą z dotychczasowych” Mazowiecki być może po prostu się myli. Nawet jeśli jednak, jego błąd nie jest neutralny, wynika bowiem wprost ze stosowania skrajnie różnych standardów w odniesieniu do oceny „swoich” i „wroga”. Straszna opozycja odmawiająca prawa do istnienia demokratycznie wybranej władzy? W latach 2005-2007 polityczni przyjaciele Mazowieckiego jakoś nie widzieli w tym żadnego problemu.

Oczywiście można byłoby sobie tym wszystkim nie zawracać głowy (tzn. Mazowieckim i wywiadem, jakiego udzielił), ale jednak rzecz nie jest bez znaczenia. Na w miarę obiektywną ocenę sytuacji nie stać bowiem nawet kogoś, kto właściwie powinien, ze względów historycznych, być autorytetem. W dodatku reprezentuje on środowisko, które na dezawuowanie autorytetów narzeka.

No i jeszcze, już poza wszystkim: czy poza najwierniejszymi z wiernych, ktoś jeszcze może się nabrać na takie historie jak ten rokosz?

Na pewno nie towarzysz byłego premiera w stanie zagrożenia, też zresztą były premier. Jarosław Kaczyński

bardzo źle ocenia działania rządu po katastrofie smoleńskiej: współpracę z Rosją, przebieg śledztwa, politykę informacyjną. – Niebywałym jest też to, że nikt nie poniósł żadnej odpowiedzialności. W przeciętnym kraju demokratycznym po czymś takim rządu już by nie było, zostałby zniesiony z powierzchni ziemi, jego członkowie nie mieliby czego szukać w polityce. (…) To wszystko razem sprawia, że w Polsce wręcz nie można mówić o demokracji, to jest jakaś taka bardzo przezroczysta fasada.

Technicznie (erystycznie) bez zarzutu – odwołanie się do analogicznego przykładu (w dodatku niemożliwego do zweryfikowania, w żadnym innym kraju bowiem taka sama sytuacja nigdy się nie zdarzyła i pewnie nie zdarzy), zasada kontrastu, obrazowość. To w czym problem? Wyłącznie w przesadzie. Gdyby Jarosław Kaczyński przy sprawach mniejszego kalibru nie szermował wcześniej równie wielkimi słowami, jego zdanie miałoby szansę brzmieć mocno. Ale nie ma. Coś jak w tej przypowiastce o pasterzu, który dwa razy sobie zrobił jaja, za trzecim zaś już nie bardzo miał z czego.

Jakiś morał? Mój wujek zawsze powtarza, że umiar zdobi młodzieńca. By nazwać Mazowieckiego lub Kaczyńskiego w ten sposób (młodzieńcem, nie moim wujkiem), trzeba by wykazać naprawdę maksimum dobrej woli. Umiar w doborze słów przydałby się jednak bez wątpienia obu.

Piotr Tomza
  • Share/Bookmark

Skomentuj