Prezydencka prezydencja
Tagi: agenda setting, debata publiczna, Grzegorz Napieralski, in vitro, lewica, prezydencja, Tomasz Terlikowski, Unia Europejska
Pomimo sezonu ogórkowego i upałów w polskiej polityce dzieje się względnie sporo. I nie chodzi tu bynajmniej o wtórne i przewidywalne gesty posła Palikota, ale np. o eskalację (a przynajmniej upublicznienie) wewnętrznego konfliktu w SLD czy zachowania posła Sekuły. Ale my i tak wrócimy dziś do kampanii.
Po jej zakończeniu część prawicowych publicystów, np. Tomasz Terlikowski, skonstatowała słusznie a ze zrozumiałym niezadowoleniem, że sukces polskiej lewicy w ostatnich tygodniach polegał nie tylko i nie przede wszystkim na dobrym wyborczym wyniku Grzegorza Napieralskiego, ale na narzuceniu wszystkim kandydatom, a w konsekwencji i innym uczestnikom publicznej debaty, lewicowej agendy.
My się tylko do tej agendy odnosimy – pozytywnie, negatywnie lub uciekając od tematu. Lewica bezustannie wraca do tematu zmiany ustawy aborcyjnej, natomiast niewielu jest duchownych, polityków czy działaczy społecznych, którzy pragną unormować ustawę chroniącą życie, doprowadzić do tego, by była ona konsekwentna. To nie my narzucamy agendę. To nam się narzuca agendę. To nie my stawiamy tematy do załatwienia
Trudno się z Terlikowskim nie zgodzić. W istocie tak było. Otoczenie Napieralskiego, ale i inne lewicowe środowiska, okazały się pod tym względem niezwykle skuteczne i odniosły komunikacyjne zwycięstwo. Inna sprawa, że skoro nie można było oceniać prezydentury Lecha Kaczyńskiego, rozmawiać o działaniach rządu w następstwie katastrofy smoleńskiej, a za próbę dyskusji o służbie zdrowia trafiało się przed sąd (wyborczy, ale jednak), o czymś mówić należało. Lewica umiejętnie wypełniła lukę.
W cytowanym fragmencie Terlikowski skupia się na ustawie aborcyjnej, ale chyba bardziej interesujący i rozpalający większe emocje był temat in vitro. Wykorzystany skrajnie instrumentalnie i ideologicznie. Jesteś za refundacją: jesteś nowoczesny, jesteś proeuropejski, nie jesteś katolikiem, nie dostaniesz komunii. Jesteś przeciw: jw., tylko przez analogię, naturalnie odwrotną. Ideologiczna pułapka. W płomiennych dyskusjach brakło za to wątku w całym kontekście najistotniejszego: za co ta refundacja in vitro?
Przeciwnicy in vitro (określenie oczywiście umowne i skrótowe), wdając się w filozoficzny spór, nie korzystali z argumentu, zdawałoby się, najlepszego i najprostszego. Jeśli racją podawaną za refundacją przez jej zwolenników było to, że obecnie mniej zamożne rodziny pozbawiane są nadziei, ponieważ państwo nie dokłada się do kosztownego zabiegu, dostępnego – jak najbardziej, tyle że za odpowiednie pieniądze – bogatym, to należało przedstawić kontrargument, że proponowane przez lewicę zmiany ustawowe i tak pozostałyby pustym zapisem. Skoro bowiem już dziś szereg zupełnie niekontrowersyjnych usług medycznych, formalnie dostępnych „na NFZ”, w okolicach połowy roku kalendarzowego faktycznie dostępna być przestaje (chyba, że dysponuje się prywatnym ubezpieczeniem bądź gotówką), to o czym w ogóle jest rozmowa? Ale nikt (tj. przeciwnicy in vitro, im w końcu powinno na tym zależeć) o tym za bardzo nie mówił.
Ale to nie wszystkie ważne przemilczenia. Jak pewnie większość obywateli naszego kraju nie wie, 1 lipca 2011 roku, a więc za coraz mniej niż rok, Polska obejmie – to, że po raz pierwszy w historii, też nie jest bez znaczenia – półroczne przewodnictwo w Unii Europejskiej. Przygotowanie prezydencji, a następnie jej realizacja, to domena rządu i administracji, nie zaś prezydenta, ale skoro kandydat na urząd głowy państwa mógł obiecać zwiększenie zniżki kolejowej dla studentów, co również nie jest w gestii prezydenta, to o polskiej prezydencji wypadało przynajmniej napomknąć. A nikt tego (chyba, że bardzo cicho) nie zrobił.
To, że tak ważny temat nie pojawił się niemal w ogóle w kampanijnej debacie, uznać należy za sporego kalibru kuriozum. Oczywiście łatwe do wyjaśnienia (założenie, że ludzi to nie interesuje), ale mimo wszystko kuriozum. Otoczenie Jarosława Kaczyńskiego nie musiało nawet atakować rządu (a więc de facto i Komorowskiego – wiadomo jak jest i jak było), że przygotowuje się do tego bardzo ważnego półrocza w sposób nieodpowiedni (bo w końcu minister Dowgielewicz pracuje, coś się dzieje, ustalane są priorytety itd.). Wystarczyło wypomnieć, że nie informuje o tym dostatecznie obywateli, że nie konsultuje strategicznych kierunków polityki itd. itp. Nikt tego nie zrobił. Mało tego, nikt nawet nie zauważył.
My zresztą też nie.
