Barwy kampanii

Tagi: , , , , ,

Barwy kampanii http://www.nurniflowenola.com/wp-content/uploads/2010/01/wybory.jpg

Jeśli Bronisław Komorowski wygra wybory, to wszystko pójdzie w niepamięć. W polityce rzadko kiedy bowiem liczy się coś więcej niż skuteczność. A skuteczna może być nawet przegrana kampania, byleby tylko przyniosła 50% głosów + 1. Przegrana, jak ta Bronisława Komorowskiego.

Z tezą o kampanijnej porażce marszałka Sejmu zwolennicy Jarosława Kaczyńskiego zgodzą się nawet bez czytania uzasadnienia, podobnie jak i stronnicy Komorowskiego odrzucą ją niezależnie od tego jak mocna zostanie uargumentowana. Nic dziwnego: jest piątek, w niedzielę mamy wybory. Wysoka temperatura utrzymuje się nie tylko na polu. Pomimo to wszystko – zaryzykujmy.

Jeśli na samym początku wyścigu przewaga Komorowskiego nad Kaczyńskim był ogromna, teraz zaś pojawiają się sondaże okołoremisowe, to – niezależnie od politycznych sympatii i ostatecznego wyniku – powinno to co najmniej dawać do myślenia. Najwięcej oczywiście Sławomirowi Nowakowi, Donald Tusk znany jest w końcu z tego, że nie bawi się w sentymenty.

Naturalnie, Komorowskiemu okoliczności nie sprzyjały – zarówno tragedia smoleńska jak i powódź były wydarzeniami, które w trudniejszej wizerunkowo sytuacji stawiały obóz rządzący, a nie aspirujący (nieco to przy tym paradoksalne, bo stawką wyborów jest w końcu urząd prezydenta, piastowany przez ostatnie lata przez śp. Lecha Kaczyńskiego, a jednak to Komorowski występował jako reprezentant status quo). Śmierć Lecha Kaczyńskiego uniemożliwiła przy tym Komorowskiemu negatywne odnoszenie się do prezydentury poprzednika, a z całą pewnością w planach sztabowców był to jeden z ważniejszych punktów projektowanej strategii.

Obiektywne trudności były zatem faktycznie nadzwyczajne i stanowią całkiem niezłe wytłumaczenie, niekoniecznie już jednak usprawiedliwienie. Bo tu chodzi w końcu o wybór prezydenta blisko 40-milionowego kraju, a nie – powiedzmy – przewodniczącego klasy, i od osoby na takim stanowisku wyborcy mają prawo oczekiwać, że poradzi sobie nawet w najtrudniejszej sytuacji i będzie umiała się odnaleźć w każdych okolicznościach.

A Komorowski nie umiał sobie poradzić z byciem kandydatem na i p.o. prezydenta równocześnie i wyborcy to najwyraźniej dostrzegli, zwolenników mu bowiem – jak wskazują sondaże i przede wszystkim wyniki pierwszej tury – nie przybywa.

Zresztą jeśli nazywamy sytuację Komorowskiego po 10 kwietnia „trudną”, to co mamy powiedzieć o tej, w jakiej znalazł się jego konkurent? Niezależnie od naszych ocen, wiary w autentyczność jego przemiany itd., itp., kilka faktów pozostaje niepodważalnych: Jarosław Kaczyński niespełna trzy miesiące temu stracił brata, prawdopodobnie najbliższego w swoim życiu człowieka, niedługo potem zaś wszedł w rolę (kandydata na prezydenta), do której – choć pewnie nie jest mu niewygodna – wcześniej się raczej nie przygotowywał.

Rzecz wulgarnie nazwana „grą trumnami” też ma znaczenie. Ryzyko oskarżenia, że wykorzystuje się tragedię smoleńską do celów kampanii, sprawiło, że kandydaci unikali tego bardzo ważnego przecież tematu w swoich wystąpieniach, szczególnie w ciągu ostatnich 2-3 tygodni przed wyborami (wskutek tego działania rządu w ważnym momencie historii, nie stały się jak na razie przedmiotem politycznej oceny). Co zatem strzeliło do głowy Komorowskiemu (Nowakowi?), że wybrał się po głosy lewicy na grób Barbary Blidy?

Kaczyński zresztą również przeforsował, kłaniając się w całkiem podobnym celu sentymentom do Gierka, na jego korzyść przemawia jednak, że nie zrobił tego na cmentarzu. Niesmaczny przekaz skierował przy tym do grupy wyborców, która rzeczywiście może być wciąż niezdecydowana, podczas gdy podkręcanie strachu przed powrotem IV RP, to przekonywanie raczej już przekonanych. Jeśli zatem Kaczyński będzie miał kaca (a chyba będzie), to przynajmniej po udanej imprezie.

A głosy wyborców Janusza Korwin-Mikkego? Pewnie nikt nie zakłada, że dało się nimi „pokupczyć”, bo JKM pozostaje politykiem niezależnym od wszystkiego, niemniej czwartkowe jego publiczne poparcie dla szefa PiS-u („Zamknąć oczy, zatkać uszy i głosować na Jarosława Kaczyńskiego!”) to kolejna z małych porażek sztabu Komorowskiego, które mogą się do kupy złożyć w coś dlań niedobrego. A debaty? Raczej bez historii, ale ciężko było po nich odtrąbić zwycięstwo.

Na koniec wróćmy zaś na chwilę do temperatury: marszałek i tak ma szczęście, że w końcu się wypogodziło. Donald Tusk ze swoim maksymalnie skutecznym (Komorowski – jak pokazała kampania – nie jest się w stanie nawet zbliżyć do poziomu sprawności komunikacyjnej premiera), uspokajającym przekazem profesjonalisty, choćby się bardzo starał, nie zdążyłby obskoczyć wszystkich zalanych terenów.

A jest jeszcze i taki wątek – całkiem ciekawy na piątek: jak wynika z publikowanych w tym tygodniu wyników jednego z sondaży (Homo Homini dla „Dziennik Gazeta Prawna”), do naprawdę pokaźnych rozmiarów (w I turze byłoby IV miejsce) rozrosła się grupa wyborców, którym nie w smak po równi Komorowski i Kaczyński, w smak za to same wybory.

3,1 proc. ankietowanych stwierdziło, że pójdzie do urn, by oddać głos nieważny.

W sytuacji, do której być może dojdzie, że kandydaci otrzymają bardzo zbliżoną liczbę głosów, takie 3,1% oznaczać będzie wóz albo przewóz. K. mają jeszcze pół dnia, by przekonać miłośników demokracji (chociaż bardziej samej koncepcji niż działania w praktyce) do podjęcia bardziej jednoznacznej decyzji.

Piotr Tomza
  • Share/Bookmark

Skomentuj