Przetarta kieszeń PO

Tagi: , , , , , , , ,

Przetarta kieszeń PO Rys. Łukasz Lenda

Rzeczywistość się zmienia. Niby prosta i oczywista sprawa, ale sztabowcy PO jakoś nie chcą się z tym pogodzić. Wysłali kandydata na Wyspy, licząc, że będzie cudownie jak w roku 2007, a tu klapa. Co z tym zrobić? Zwycięstwo może i wciąż mają w kieszeni, tyle że kieszeń coraz wyraźniej jest dziurawa.

Trzy lata temu wszystko było znacznie prostsze: Jarosław Kaczyński miał za sobą świeży związek z Andrzejem Lepperem i Romanem Giertychem, stworzenie więc nadziei, że bez nich będzie lepiej, nie przedstawiało dla sprawnych PR-owców wielkiej trudności. Wzbudzenie przekonania, że setki tysięcy polskich emigrantów znalazły się w Wielkiej Brytanii nie tylko dlatego, że krajowy rynek pracy od lat tkwił w stagnacji, a przystąpienie Polski do UE wiosną 2004 roku stworzyło na tym polu zupełnie nową jakość, ale ze względu na to, że jesienią 2005 roku władzę w Polsce objęło PiS, wymagało już większej ekwilibrystyki, ale też się mniej więcej udało.

W październiku 2007 roku Donald Tusk przyjechał do Londynu prosić o głosy, głównie młodych, emigrantów, obiecując, że dzięki niemu to w Polsce znajdą to, czego szukać musieli w Anglii. Mówił:

Państwo ma dać wolność, jaką daje Wielka Brytania, a jakiej w Polsce jeszcze nie ma.

Dawał nadzieję i trafiał w oczekiwania. A że jest w tym naprawdę dobry, w dzień wyborów przed lokalami do głosowania ustawiały się kolejki.

Mamy czerwiec roku 2010. Jeszcze jedno proste i oczywiste stwierdzenie: Bronisław Komorowski to nie Tusk. Ale też przyjechał do Londynu. I powiedział, co wiedział. Pomińmy już nawet fakt, że tym razem nie miał owacyjnego przyjęcia, że jego wizyta w Wielkiej Brytanii nie była aż tak oczekiwana jak trzy lata temu Tuska itd. itp. Pomińmy nawet tego sztucznego penisa i wypominanie mu Palikota. Bo chyba jednak nie dlatego, że na spotkaniu było niemiło, Komorowski dość ostro odciął się od Donalda Tuska:

Komorowski: Nie odpowiadam za obietnice Tuska

Marszałek wzbraniał się od odpowiedzi na pytania dotyczące obietnic przedwyborczych Donalda Tuska, który podczas ostatniej kampanii wyborczej dał słowo emigrantom, że „sytuacja w Polsce zmieni się tak, że za rok, dwa czy trzy znajdą swój Londyn w Warszawie, Biłgoraju czy Łomży”. – Ja nie mam tendencji do łatwego rozdawania obietnic, a jak coś obiecam, to zawsze zrobię – zapewniał.

No cóż, jeśli Komorowski wygra, to się nie narobi, obiecał bowiem w Londynie jedynie to, że tym razem w czasie wyborów (a więc zanim ewentualnie obejmie stanowisko) nie będzie kolejek:

W czasie tych wyborów uruchomionych będzie 41 punktów do głosowania zamiast 16, jak to miało miejsce w poprzednich. Więc jest gigantyczny przyrost.

Super! Chyba rzeczywiście właśnie na to wszyscy czekali. Marszałek rozwiązał palący problem sprzed trzech lat, który – wiele na to wskazuje – w tym roku w ogóle się nie pojawi, wątpliwe bowiem, by udział polskich emigrantów w wyborach znów był aż na skalę masową. W dodatku Komorowski nie musiał wcale zabiegać o zwiększenie liczby punktów wyborczych. Wystarczy sam fakt, że to on właśnie jest kandydatem, by skutecznie osłabić zainteresowanie Polaków wyborami, a tym samym zapobiec kolejkom.

Owszem, wypowiedział też całkiem rozsądne zdania, np.

Dzisiaj trzeba zabiegać o to, aby utrzymać wzrost gospodarczy, który jest faktem. W innych krajach, takich jak Irlandia czy Wielka Brytania, panuje głęboki kryzys. W Polsce jest absolutnie realna szansa na to, żeby w ciągu 10-15 lat dogonić w sensie rozwoju gospodarczego średnie kraje UE. I wtedy bez żadnych namów tworzenia specjalnych warunków Polacy sami wrócą

ale wróćmy do tego odcięcia się od Tuska. Po co? Dlaczego? Cóż mu strzeliło do głowy? Po prostu nie umiał wybrnąć z zaułku, w którym znalazł się po niewygodnym pytaniu, czy może aż tak bardzo przeszkadza mu życie w cieniu Tuska, że nie potrafi się opanować, gdy ma okazję zamanifestować niezależność od szefa. Czy tak, czy tak, a może jeszcze inaczej, wyszło zupełnie fatalnie. Parafrazując: Platforma nie musi mieć wrogów, mając takiego kandydata. Zwracanie uwagi na lekkość, z jaką w 2007 roku Tusk składał niespełnione do dziś obietnice, jako sposób na pozyskanie głosów przez kandydata Platformy? Doprawdy przewrotne!

Mimo jednak tych wszystkich błędów i wpadek, Bronisław Komorowski nadal utrzymuje wyraźną przewagę nad Jarosławem Kaczyńskim. Czy powinno go to uspokajać? Mniej więcej tak, jak bezrobotnego fakt, że wciąż ma jeszcze co wydawać z „kupki”, którą uskładał, gdy zawodowo powodziło mu się lepiej. Na razie starcza, ale przed drugą turą (a całkiem realna jeszcze jakiś czas temu możliwość, że w ogóle do niej nie dojdzie, oddaliła się już chyba w niebyt) wszystko zdrożeje i trzeba będzie wydawać więcej.

Wiele działań kandydata Komorowskiego i jego sztabu wskazuje na to, że platformersi uwierzyli, że jeśli chodzi o stosunek społeczeństwa do PO, to skoro ostatnio było i jest tak dobrze, to sielanka trwać będzie już zawsze. Płomień uczucia trzeba jednak podsycać i to niekoniecznie tymi samymi gestami i upominkami, co trzy lata wcześniej.

Bo zmieniło się naprawdę sporo i nawet negatywny elektorat Jarosława Kaczyńskiego (na istnieniu i sile którego, sztab Komorowskiego opiera niejeden ze swoich konceptów), choć wciąż największy, nie jest już tak liczny, jak kiedyś.

Piotr Tomza
  • Share/Bookmark

Skomentuj