Na głębokiej wodzie
Tagi: Kaczyński, Komorowski, marketing poolityczny, Naczas, Napieralski, SLD, wybory
montaż Jerzy Łukaszewski
Nawet w filmie o wyjątkowo pasjonującym wątku głównym, są i aktorzy i tematy drugoplanowe. W tle akcji wiodącej rozgrywane są inne konflikty, aktorzy przezywają swoje małe dramaty, które choć stanowią jedynie podkład najważniejszego obrazu, dla występujących w nich postaci są równie ważne i często stanowią o ich filmowym być, albo nie być.
Wśród kandydatów z góry skazanych na niepowodzenie w tegorocznych wyborach prezydenckich jest chyba tylko jeden, który walczy naprawdę, bo naprawdę ma o co. Oczywiście, nie jest to prezydentura, bo o tę przy 4% poparcia raczej trudno, ale właśnie o swoje polityczne być, albo nie być. To Grzegorz Napieralski.
Powołany na szefa SLD w atmosferze konfliktu wewnętrznego partii, z silną opozycją, złożoną głównie ze starej gwardii, nie ma w wyborach łatwego zadania. Niespecjalnie pomagają mu też jego naturalni sojusznicy, młoda gwardia w rodzaju Łukasza Naczasa, której agresywny i często prostacki język zniechęci bardziej wymagającego wyborcę. Jest tajemnicą poliszynela, że na porażkę Napieralskiego czeka całkiem spory procent działaczy SLD i to z samej czołówki. Dla nich walka wyborcza nie jest prowadzona z Kaczyńskim, czy Komorowskim, bo ci są poza zasięgiem, lecz o pozycję w partii tak Napieralskiego, jak i skupionych wokół niego „młodych wilków” starających się wymusić od lat zapowiadaną, a nigdy nie zrealizowaną zmianę pokoleniową na lewicy. Wynik w okolicach 10% dałby zwycięstwo Napieralskiemu, wszystko co poniżej będzie jego przegraną. Toteż stara się jak może. Przeglądając programy wyborcze kandydatów trzeba stwierdzić, że to z czym wychodzi do wyborców Napieralski, jest chyba najbardziej poważne, spójne i konsekwentne.
W innym czasie, w innych okolicznościach politycznych byłby groźnym rywalem dla każdego. Sensownie ustawione ma priorytety
Edukację. A w tym: budowę żłobków, przedszkoli – Polska plasuje się na końcu w europejskim rankingu liczby zapisywanych tam dzieci. A przecież w przedszkolu, wśród równolatków, dziecko uczy się tolerancji, radzenia sobie w grupie, zauważa, kto, jak i kiedy obejmuje funkcje przywódcze.
Powraca do dawnego obrazu polskiej lewicy, dość odważnie wypowiadając tezy, na które w ostatnich kilkunastu latach jego obozu stać nie było. Pytany, czy miałby odwagę usunąć naukę religii ze szkół, odpowiada:
Miałbym, bo nie boję się budować takiego systemu nauczania, który uczyłby tolerancji. A ten m.in. opiera się na rozdziale Kościoła od państwa. Z różnych szkół docierają do nas sygnały dyskryminacji.
Idzie jeszcze dalej. Wg niego rozdział kościoła od państwa powinien dotyczyć również państwowej kasy
Chciałbym zlikwidować fundusz kościelny. Dzisiaj z budżetu państwa idą ogromne pieniądze (ponad 100 mln zł), które przekazujemy kościołom – ale tylko wyznania rzymskokatolickiego.
Trudno nie przyznać mu racji, kiedy jak chłodny pragmatyk mówi o kierunkach polityki zagranicznej
rozmawiać i współpracować z Chinami. Rozmawia z nimi cały świat. Podobnie otworzyłbym się na inne, dalsze regiony – Amerykę Południową czy Afrykę. Tam też jest ogromny potencjał. Uważam, że Polska powinna otwierać się na nowe kierunki aktywności międzynarodowej.
On inaczej, niż stara klasa polityczna w Polsce rozumie politykę zagraniczną. Wymierną korzyść stawia wyżej, niż cokolwiek innego. Jest w tym coś, co szczególnie młodego wyborcę mogłoby przekonać. W sprawach zasadniczych stara się nie być doktrynerem, ale własnych poglądów broni konsekwentnie
Z metkami można by skończyć, ale profil formacji politycznych i tak jest przypisany do kanonu. W nazwie partii nie musi być „lewica” czy „prawica”, żeby i tak było wiadomo, że pewien sposób uprawiania przez nią polityki czy ideałów był konkretnego rodzaju. Bo te kanony czymś się charakteryzują, coś je różni.
Wszystko to sprawia, że zbudowany zostaje wizerunek polityka lewicy bardzo dojrzałego, o jasno sprecyzowanych poglądach, nie bojącego się mówić wprost rzeczy, o których lewica przez ostatnie 20 lat jedynie szeptała po kątach. Ponieważ nie ciąży na nim piętno „postkomunisty”, może być tym kimś kto przyciągnie młodych, z natury rzeczy najbardziej lewicującą cześć społeczeństwa. Dla starej gwardii będzie coraz trudniejszy do pokonania, a jak sądzę, już dziś jest kimś, komu po trosze zazdroszczą. Z tym większą siłą zaatakują go w przypadku kiepskiego wyniku wyborczego. Jeśli przetrwa, zmiana pokoleniowa na polskiej lewicy stanie się faktem.
Brak doświadczenia owocuje czasem zabawnymi incydentami. Po „Grześku z internetu” przyszła kolej na „piosenkę wyborczą”, która, jak wolno sądzić po komentarzach w sieci, była lekkim strzałem w kolano, bo świadczy o słabszym, niż być powinno rozeznaniu, kim jest młody, polski wyborca.
Dla wyniku wyborów 20 czerwca to wszystko ma niewielkie znaczenie. Jednak dla polskiej sceny politycznej może mieć całkiem spore. Niewykluczone, że na naszych oczach rodzi się inna jakość po lewej stronie, która nada nowy impuls zmanierowanej i ogarniętej niemocą partii. Dla wszystkich, którzy interesują się warsztatem politycznym, mechanizmami działania w polityce, może być to ciekawy obiekt obserwacji.
Jerzy Łukaszewski
