Faryzeusze wszystkich krajów łączcie się!
Tagi: blog, Kaczyński, Komorowski, marketing polityczny, Naczas, Napieralski, Nałęcz
rys. Jerzy Łukaszewski
Właściwie nie wiadomo dlaczego faryzeusze mają taką „złą prasę”. Obiektywnie rzecz biorąc, było to ugrupowanie bardzo zasłużone dla życia swego narodu, a z Ewangelii wynika niezbicie, że jedynie z nimi tak naprawdę było o czym rozmawiać. Do historii przeszli jednak jako symbol fałszu i obłudy.
Jezus piętnując faryzejskie działania na pokaz, mówił „niech nie wie lewica, co czyni prawica”, które to zawołanie jakoś dziwnie często przychodzi mi na myśl, gdy obserwuję obecną, zdecydowanie odmienną od poprzednich, kampanię prezydencką. Już kilka razy wskazywaliśmy na pewną jej charakterystyczną cechę. Kandydat zachowuje się godnie, spokojnie, jest pełen gotowości do współpracy itd. Natomiast harcują jego bliżsi i dalsi współpracownicy, w starym stylu, nie przebierając w środkach, czego kandydat oficjalnie nie zauważa, od czego potrafi się nawet publicznie odżegnać. W przywoływanym niejednokrotnie wywiadzie dla Rzepy, Jarosław Kaczyński dał dobrą wykładnię tej postawy.
Nie chcę tego komentować. Takich słów nie używa nikt z mojego otoczenia, a za to, co ktoś wykrzykuje na ulicy, nie mogę brać odpowiedzialności. Liczę, że ten język odejdzie.
I to jest sedno sprawy. Nie ja, nie moje otoczenie, proszę tego nie pisać na mój rachunek. Pomijając definicję słowa „otoczenie”, jest to novum w naszej polityce warte odnotowania. Co prawda to samo zachowanie u przeciwnika ocenia się zupełnie, powiedziałbym , że skrajnie odmiennie, ale to już taka uroda naszego rodzimego faryzeizmu, w języku dziatwy szkolnej zwanego moralnością Kalego. Na głowę Bronisława Komorowskiego posypały się gromy. Fakt, że pani Kidawa Błońska wzięła w obronę atakowane osoby
podkreśliła, że każda z osób zaproszonych do komitetu honorowego miała prawo powiedzieć co myśli i dlaczego popiera akurat tego kandydata.
co stanowi jednak pewną różnicę jakościową, niestety, niedoceniana na ogół przez komentujących.
Waldemar Pawlak miewał podobne sytuacje, ale Pawlak jest z PSL, a na tę partię należy zawsze patrzeć w sposób szczególny. Najwięksi znawcy polskiej polityki rzadko umieją jasno określić, czy PSL jest akurat w koalicji, czy w opozycji. Najczęściej gra obie role naraz, toteż zmasowany atak polityków PSL na kandydata PO i to przy pomocy spraw, które leżą w gestii rządu (czyli de facto także ich wybrańca), nie dziwi.
Ciekawie natomiast zachowuje się „otoczenie” Grzegorza Napieralskiego. Jego osoba lansowana jako „nowe otwarcie” polskiej lewicy zmobilizowała SLD-owskie „młode wilki” do boju. To co może zadziwiać, to kierunek tego boju. Łukasz Naczas, blogujący zawzięcie, daje pokaz tego, co zajmuje młodą lewicę i nie jest to, szczerze mówiąc, pokaz budujący, choć przyznać trzeba, oryginalny. Jeśli bowiem pisanie o marszałku sejmu przez politycznego smarkacza per „Bronek” można uznać za zwykły brak wychowania, to już jego atak wymierzony w Tomasza Nałęcza może zdumiewać samym wyborem celu.
Jest [...] poważnie schorowanym, niezrealizowanym człowiekiem. SLD powinno się wstydzić, że miało go w swoich szeregach. To właśnie największy błąd Sojuszu.
I dalej
Pewnie nikt by go nie dostrzegł, gdyby nie fakt, że istnieje Sojusz Lewicy Demokratycznej. Dzięki temu co jakiś czas można wyrzygać, popluwać i zmieszać z błotem „czerwoną hołotę”. Gdyby Nałęcz miał cokolwiek wspólnego z lewicą to próbował by ją zmieniać, podejmowałby wyzwania. Dziwnym zbiegiem okoliczności to jednak on jest ciągłym komentatorem tego co w SLD.
Bardzo to po komsomolsku. Zwalczać wroga trzeba przede wszystkim we własnych szeregach. Tym bardziej, że wg. Naczasa Nałęcz nie może mieć racji z definicji, ponieważ
Napieralski w przeciwieństwie do Nałęcza jest młody i postrzegający politykę nie tylko jako konflikt my, wy czy oni. Potrafi jednoczyć na różne sposoby, a Nałęcz zawsze potrafił tylko dzielić, pewnie ma to już po prostu wypisane na… czole. Przede wszystkim jednak Napieralski jest człowiekiem sukcesu i jego umiejętność znajdywania się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie sprawia, że i na tym polu różni się znacząco od nic nie osiągającego w życiu Tomasza Nałęcza.
Przyznam, że umiejętność „łączenia” wykazywana przez pana Naczasa nie wróży SLD świetlanej przyszłości, ale to już nie moje zmartwienie.
Można się tylko zastanawiać, czy wyborcy zastanawiając się na kogo oddać głos, będą brali pod uwagę same tylko występy kandydata, czy jego otoczenia też. Pamiętamy przecież, jakie emocje w przeszłości wywoływały osoby pracujące w kancelarii śp. prezydenta. To właśnie było „otoczenie”. Na wszelki więc wypadek oddając głos, musimy pamiętać, że wybieramy kandydata z całym dobrodziejstwem, za przeproszeniem, inwentarza.
Jerzy Łukaszewski
