Don Vito Corleone w Polsce

Tagi: , , , , , ,

Don Vito Corleone w Polsce montaż Jerzy Łukaszewski

Każdy kto pamięta, że Don Vito Corleone chętnie oddawał ludziom przysługi, pamięta też zapewne, iż na ich temat rozwinął on swoistą filozofię. Była jasna, spójna i logiczna. Nikt przy zdrowych zmysłach nie odmówiłby mu racji. A jednak są tacy, którzy udają, że u nas nie ma ona zastosowania.

Ludzie wchodzący do polityki tracą czasem całe lata, by zdobyć, a następnie ugruntować swoją pozycję w partii. To ona z czasem przekłada się na rodzaj życiowej stabilizacji w postaci dostępu do stanowisk, apanaży tudzież perspektyw pozapolitycznych. Po osiągnięciu tego celu, nie schodzi się już poniżej pewnego pułapu, co tak pięknie zobrazowała filmowa żona Jerzego Dobrowolskiego w komedii „Poszukiwany, poszukiwana”, mówiąc : mój mąż jest z zawodu dyrektorem.

Jeśli partia ma charakter wodzowski, a z takimi w Polsce mamy coraz częściej do czynienia, pozycja polityka może zostać zachwiana nie tylko w wyniku nieszczęśliwych zdarzeń losowych, czy ambicjonalnych wojenek z innymi członkami stada, ale także z powodu kaprysu wodza. Normalny człowiek uznałby taką sytuację za upokarzającą i naruszającą jego godność. Polityk z godnością osobistą rozstaje się na dość wczesnym etapie kariery, więc tego rodzaju niedogodność spływa po nim jak, za przeproszeniem, po kaczce. Bywa, że popadłszy w konflikt opuszcza swoje ugrupowanie, ale zwykle dość szybko odnajduje się w innym. Są partie, które wręcz specjalizują się w pozyskiwaniu tego rodzaju „odpadów poprodukcyjnych”. Nie za darmo rzecz jasna, zasada Don Vito działa nieubłaganie. Prędzej, czy później, za wszystko trzeba zapłacić.

Cena bywa tym większa, im partia jest mniej demokratyczna, im pozycja wodza silniejsza. Przeglądając blogi niektórych polityków mających tego rodzaju doświadczenie za sobą, widać to wyraźnie. Marek Migalski ma za sobą drogę o tyle nietypową, że próbował sił poza polityką aż do momentu, kiedy „układ” zablokował mu karierę naukową. Jako ofiara systemu znalazł przytulisko w jedynej nadającej się do tego partii. No i pan Migalski płaci. Problemy europejskie zdecydowanie mniej miejsca zajmują w jego wynurzeniach, za to wrogowie wodza muszą się mieć przed nim  na baczności. Co tam wrogowie, wystarczy podejrzenie o lekką niechęć a już pan europoseł rusza do szarży.

gdyby to nasi politycy mówili tak, jak znowu mówią panowie Palikot, Niesiołowski czy Kutz, gdyby to Paweł Poncyliusz udzielił takiego kuriozalnego wywiadu, jak ten pani Kidawy – Błońskiej w dzisiejszej „Rzepie”, to już by nas nie było! [...] Bo nam nie daje się drugiej szansy, a Komorowskiemu i jego ludziom daje się kilka „żyć”. Nie za bardzo to sprawiedliwe

Niewątpliwie przygotowanie teoretyczne pomogło w tym wypadku w szybkim „złapaniu stylu” nowego środowiska. Tylko podziwiać.

Ryszard Czarnecki potrafi zadziwić obserwatorów życia politycznego niezwykłym darem orientacji w przestrzeni. Mało kto potrafi z pamięci wymienić wszystkie partie, których był członkiem. A jednak nigdy nie zdarzyło mu się pomylić aktualnego wroga, którego w ramach wypłacania się najnowszemu dobroczyńcy powinien atakować. To spora, choć jedyna, umiejętność kolejnego naszego reprezentanta na forum Europy. Czasem bywa, że zawiedzie inwencja, przeciwnik „zejdzie z linii strzału”, ale wtedy zawsze można napisać

Powódź, powódź, powódź… W tej sytuacji wybory naprawdę muszą zejść na dalszy plan…

Bywa, że konieczność spłacania długów ujawnia w polityku ukryte talenty. Janusz Wojciechowski, niegdyś prominentny działacz PSL, prezes NIK, którą to instytucję zwykliśmy kojarzyć z poważnymi ludźmi, przygarnięty przez nowe środowisko, spłaca zobowiązania … pisząc wiersze. Oczywiście, odpowiednio ukierunkowane.

Chodził sobie od laseczka do laseczka

Zielonego, przez zagony i mokradła

Kiedyś w lesie napotkała go dzieweczka

Ale chleba mu nie dała. Sama zjadła.

I się zmartwił tym Wielmożny Pan Marszałek

Że dzieweczka już nie bardzo jest mu rada

I pomyślał – się cholera doigrałem

Że mi popularność wśród dzieweczek spada

Wielka Improwizacja może toto nie jest, ale przecież wszystko jest kwestią ćwiczeń. Życząc nowej gwieździe poezji polskiej sukcesów, przypominam, że oprócz „hajda na wroga”, można też od czasu do czasu pomaślić szefowi. Może inspiracją będzie Kazik Staszewski i jego „Baranek”? Wypadałoby przecież jakoś skomentować aktualny image dobroczyńcy, n’est-ce pas? To niemalże „gotowiec”

„… a przed nim bieży baranek

a nad nim lata motylek…”

Oczywiście, odbiorca tego typu przedstawień może odczuwać niesmak, zażenowanie itd. Jeśli jednak poważni, wydawałoby się ludzie, nie wahają się niszczyć swojego przez lata wypracowanego wizerunku, to nie jest to tylko kwestia ich własnego pojmowania godności. Jest to również demonstracja braku strachu przed konsekwencjami ze strony wyborców. Dopóki istnieje system wyborczy, przy którym nie mamy nic do powiedzenia na temat poszczególnych polityków, a głosujemy jedynie na partie, polityk może sobie bezkarnie skakać z kwiatka na kwiatek, błaznując cynicznie, pewien, że nie wyborca, lecz kolejny duce jest panem jego losu.

Jerzy Łukaszewski

  • Share/Bookmark

Skomentuj