Święto, nie święto – Polacy w Moskwie.

Tagi: , , , , , , ,

Święto, nie święto – Polacy w Moskwie. montaż Jerzy Łukaszewski

Priorytety polskiej polityki zagranicznej są (jak niemal każde działanie polityczne) dość mgliście określone i na dobrą sprawę przeciętny obywatel miałby problem, by je wyartykułować. Dziś, w dzień parady na Placu Czerwonym w Moskwie jest okazja, by spróbować przynajmniej o tym porozmawiać.

Po krótkim okresie jelcynowskiego bałaganu Rosja wraca na swoje tradycyjne tory polityki mocarstwowej, co samo w sobie nie jest jeszcze niczym złym. Ma do tego odpowiednie warunki i powody. Diabeł, jak zwykle, tkwi w szczegółach i to te szczegóły będą w najbliższym czasie decydować o jej sukcesie, a także, co nas przede wszystkim dotyczy,  jej relacjach z innymi państwami.

Ten rosyjski powrót widoczny jest także, a może przede wszystkim, w nawiązywaniu do dawnego języka używanego w kontakcie ze społeczeństwem. Jeszcze w czasie II wojny światowej radziecka propaganda, wzywając naród do stawienia oporu najeźdźcy, wykorzystywała symbolikę historyczną w niezliczonej liczbie plakatów, które na owe czasy były jednym ze skuteczniejszych sposobów porozumiewania się ze społeczeństwem. Ktoś oceniający „na chłodno” te dzieła, mógłby oczywiście mieć zastrzeżenia do zestawienia w jednym obrazie mocarza z bylin, gen. Suworowa i Czapajewa, ale odbiorca przecież nie analizował tego przekazu w ten sposób. Dzisiejsze przemówienie prezydenta Miedwiediewa na Placu Czerwonym miało wszelkie cechy tamtego języka. Od docenienia wysiłku całego społeczeństwa („wszyscy jesteście bohaterami wojennymi”), poprzez nawiązanie do prawosławnej pieśni żałobnej „Wiecznaja pamiat’” aż po klasycznie rosyjskie „nisko się kłaniam”. Zebrani usłyszeli też wprawdzie nowe słowa hymnu, ale przecież tę samą, dobrze znaną melodię z czasów ZSRR, skomponowaną przez W. Aleksandrowa. Przekaz, jak widać, skierowany był przede wszystkim do społeczeństwa rosyjskiego, to oczywiste. Tylko ono jest w stanie tak naprawdę wychwycić wszelkie zawarte w nim subtelności.

Jednak w uroczystości uczestniczyli także przedstawiciele innych państw oraz delegacje sił zbrojnych dawnej antyhitlerowskiej koalicji, w tym polscy żołnierze i pełniący obowiązki prezydenta marszałek Komorowski. Każda z tych delegacji zapewne odbierała formę i przebieg święta na swój sposób. W Polsce, co specjalnie nie dziwi, rozmowa dotyczy kwestii zasadniczych, jako że nie umiemy jeszcze tego fragmentu historii ocenić jednoznacznie. Po 1989 roku np. panowało przekonanie, że ponieważ wyzwoliliśmy się z komunistycznego jarzma, nie powinniśmy świętować 9 maja, ale tak jak „wolne narody” – 8 maja. Nikt jakoś nie chciał zauważyć, że w ocenie tego co nastąpiło w wyniku rozmów jałtańskich, niewiele to przesunięcie dnia zmienia. Chodziło o symbol, jako że te dla Polaków zawsze są ważniejsze niż konkrety. Historycy rozwodzili się na temat tych dat tłumacząc 9 maja fanaberią Stalina, co z kolei miało uzasadniać nasze tej daty odrzucenie. Specjalnie dla naszych czytelników mało znana ciekawostka – akt kapitulacji Niemiec odczytany w moskiewskim radio. Proszę zwrócić uwagę, jaką datę wymienia lektor na końcu.

Polski problem z końcem II wojny sprowadza się do kwestii: wyzwolenie czy nowa niewola? Nie jest to problem nowy, podobne pytania stawiali sobie ludzie w 1945 roku i… odpowiadali na nie różnie. Nie inaczej dziś. Na dodatek, o ile w kwestii samej oceny wydarzeń związanych z powojennymi losami Polski da się jeszcze uzgodnić jaki taki consensus, o tyle problem „co dalej” jest na razie nierozwiązywalny. Dwaj historycy z IPN, Piotr Szubarczyk i Łukasz Kamiński mówią o tym, wbrew pozorom, dość różnie.

Szubarczyk bowiem pisząc w „Naszym Dzienniku” wyciąga z historii wnioski nie dość, że radykalne, wojownicze, to czasem wręcz kuriozalne. Przeszkadza mu sama polska obecność w Moskwie

Być może są jakieś nadzwyczajne okoliczności, dla których wysoki przedstawiciel Polski powinien być obecny na tej moskiewskiej paradzie. Może oczekują tego od nas nasi sojusznicy. Świętej pamięci prezydent Lech Kaczyński również rozważał swój udział, ale – jak pamiętamy – uzależniał go od postawy Rosji wobec sprawy katyńskiej.

Powoływanie się na śp. prezydenta wejdzie chyba niektórym w nawyk. To kolejny po „testamencie” kamyczek do kultowej mozaiki zmarłego. Nawiasem mówiąc niezręcznie montowany, bo jeśli pan Szubarczyk pisze, że

Na pokład rządowego samolotu marszałek Komorowski zabiera Wojciecha Jaruzelskiego, ostatniego sowieckiego namiestnika na Polskę, [...]Jako głowa państwa Bronisław Komorowski będzie go „autoryzował” w roli zasłużonego kombatanta II wojny światowej.

to chciałoby się zapytać, w jakiej roli by go „autoryzował” śp. Lech Kaczyński, który, jak wiemy, takoż zabrać go ze sobą zamierzał.

Najoryginalniejszym jednak pomysłem „historyka” Szubarczyka jest  odpowiedź na pomysł akcji zadbania o mogiły radzieckich żołnierzy. Sama myśl o zadbaniu jest mu wstrętna niesłychanie, chyba że…

[...]apel powinien dotyczyć raczej symboliki tych cmentarzy. Przecież tam nie leżą sami ateusze! Tam nie leżą sami wyznawcy zbrodniczej czerwonej gwiazdy, która postawiła sobie za cel zabicie Boga! Trzeba by więc apelować raczej o wprowadzenie na te cmentarze znaków obecności Boga – zwłaszcza znaków chrześcijańskich – a nie odnawianie symboli zła!

Czyli -  namalujmy na grobach krzyże i będzie dobrze. Odczynimy uroki i po problemie? Jak na „historyka”, którego zawodem jest dbanie o prawdę historyczną – całkiem nieźle. Panu Szubarczykowi chciałbym powiedzieć, że kiedy w latach 80. (tak, tak) zabieraliśmy się ze znajomymi za odnowienie niemieckiego cmentarza na głębokiej wsi polskiej, ludzie biorący w tym udział, różnego wykształcenia i profesji, wykazywali dużo więcej zdrowego rozsądku. A także chrześcijańskiego miłosierdzia, na co należałoby zwrócić uwagę redakcji.

Dla Łukasza Kamińskiego nie wszystko jest takie proste i jednoznaczne. O ile ocena samych wydarzeń politycznych  zdaje się być podobna, to opis postaw ludzkich wobec nowej rzeczywistości jest już bardziej pogłębiony, nastawiony na zrozumienie motywów, a nie tylko na potępianie w czambuł.  Cytuje np. Marię Dąbrowską

Kompromis jest sprawą intelektu, jest przygodą człowieka myślącego. Ale tragedią jego jest, jeśli nie rozpozna, gdzie się kończy kompromis godziwy, a zaczyna się zdrada

Kamiński słusznie zauważa, że największym naszym problemem jest sposób przekazu.

Przed 1989 r. jedynym dopuszczalnym oficjalnie sposobem mówienia o rzeczywistości roku 1945 był termin „wyzwolenie”. Po odzyskaniu niepodległości dość szybko zaprzestano jego używania jako nieadekwatnego. Tylko sporadycznie pojawia się on we współcześnie publikowanych pracach. Nie zastąpił go jednak żaden powszechnie akceptowany termin.

Jest to problem prawdziwy, z którym musi się, prędzej czy później, zmierzyć polska polityka zagraniczna. Rozmawiając z Rosją nasi dyplomaci muszą mieć jednoznaczny obraz tego, z kim rozmawiają. W przypadku Niemiec było to dużo prostsze. Jednoznaczny obraz muszą mieć także Rosjanie, by wiedzieć, kim dla nas są. Dopóki jednak sami się z tym nie uporamy, zawsze przyjęcie zaproszenia do Moskwy dla jednych będzie „legitymizacją zbrodni”, a dla drugich „otwarciem na nowe czasy”.

Na szczęście nikt nie podważa poglądu, że samo pokonanie faszyzmu było czymś pozytywnym. Na początek wystarczy. Musi.

Jerzy Łukaszewski

  • Share/Bookmark

Skomentuj