Brutalne prymitywy i moralni zwycięzcy
Tagi: Jurek, lider, marketing polityczny, Morawiecki, Napieralski, Olechowski, Pawlak, peleton, Roosevelt
rys. Jerzy Łukaszewski
We wsi wybierano sołtysa. Jeden wyrecytował formułkę o wierności stronom rodzinnym, drugi wzdychał, że rozumie ciężką dolę rolnika. Trzeci pokazał zebranym samoprzylepną naklejkę z Myszką Miki. „Chcecie mieć takie na motorach? Załatwię!” Wygrał.
Polska scena polityczna spolaryzowana jest tak dalece, jak to tylko możliwe, wbrew zdrowemu rozsądkowi, a i po części interesowi nas wszystkich. Ale jest. Zamykanie oczu na ten fakt i zaklinanie rzeczywistości nic nie da, tym bardziej, że nie krasnoludki nam tę scenę tak urządziły. Jest to, jak by nie patrzeć, nasze własne dzieło. Jeśli więc ktoś ma do nas pretensje (a miewa), że nie zajmujemy się nikim innym poza dwoma głównymi kandydatami do stanowiska prezydenta, to można by tego rodzaju uwagi skwitować pytaniem: a po co? I nie chodzi tylko o fakt, że poza dwójką, no – może trójką kandydatów, cała reszta nie uzyskuje poparcia przekraczającego błąd statystyczny, ale także ze względu na tematykę, którą się zajmujemy.
Konia z rzędem temu, kto pośród tych „innych” znajdzie kandydata, który zaprezentował coś ciekawego z punktu widzenia marketingu politycznego. Jeśli w ogóle zaprezentował. Oczywiście, jest jeszcze wcześnie, ale konie już ruszyły i mniej więcej można się zorientować, jak będzie przebiegał wyścig.
Na początek statystyka. PKW na dzień 30 IV. Przyjęła 24 zgłoszenia komitetów wyborczych. Mamy więc w stawce dwóch liderów (Komorowski, Kaczyński), jednego z nadzieją na dobry wynik (Napieralski), siedmiu (Podkański się wycofał) o znanych nazwiskach, ale bez najmniejszych szans (Mikke, Olechowski, Pawlak, Lepper, Jurek, Janowski, Morawiecki) i aż trzynastu, o których przeciętny Polak nie ma bladego pojęcia. Tę trzynastkę pozwolę sobie pominąć, bo nie jestem wróżką i nie umiem odgadnąć, co powoduje ludźmi, którzy nie mając praktycznie żadnego zaplecza, środków, ani doświadczenia, rzucają się w wir walki.
Siódemka stanowiąca „peleton” jest łatwiejsza do oceny o tyle, że są to ludzie, którzy polityką się zajmują bądź zajmowali, są rozpoznawalni i wyborca przynajmniej wie, dlaczego na nich nie zagłosuje. Nie jest wyłącznie polską specyfiką, że wyborca nie lubi marnować głosu. Jeśli więc nawet darzy kogoś sympatią, to głosu na niego na ogół nie odda, wiedząc jak rozłożone są siły i tendencje społeczne. Nikt zresztą z tej siódemki przez ostatnie kilka lat nie zrobił niczego, by sobie sympatie wyborców zjednać, przypomnieli sobie o nich tuż przed wyborami. Casus Olechowskiego jest klasyką. Nie dość, że do ostatniej niemal chwili krygował się, jak panna na wydaniu, a to wiedząc, że będzie kandydował, a to znów mając wątpliwości, to po podjęciu decyzji, nie widać by miał cokolwiek sensownego do zaproponowania. Cóż bowiem wart jest jego pomysł na prezydenturę, o którym mówi, że są trzy modele: jego, czyli arbitra, osoby ponad partyjnymi konfliktami, PiS-owski, czyli naczelnika państwa, i Platformy Obywatelskiej, prezydenta-notariusza
- Tylko model mój, ponadpartyjny nie jest rzucaniem piachem w konstytucję. Pozostałe do niej nie pasują, a przez najbliższe 5 lat konstytucji się nie zmieni.
w sytuacji, gdy żadna z głównych sił politycznych takiego arbitra sobie nie życzy i nie uzna?
Natychmiast zresztą doczekał się reakcji swego konkurenta, Marka Jurka, który sprawę „zinterpretował” po swojemu.
Znakomita wiadomość z kampanii: Andrzej Olechowski najwyraźniej przeciwko euro! Wczoraj zaapelował o niezmienianie Konstytucji, więc również art.227 – gwarantującego nam zachowanie narodowej waluty i narodowej polityki pieniężnej.
Na pewno nie jest zaskakujące u pana Marka Jurka „łapanie za słówka”. Nic nowego, nic atrakcyjnego, zero fajerwerków tak myślowych, jak i technicznych. Czym nas może zaciekawić Waldemar Pawlak?
Zmienię formułę prezydentury. To będzie PREZYDENTURA OTWARTA. Po pierwsze prezydentura otwarta na dialog. Po drugie administracja, Kancelaria Prezydenta otwarta na przedstawicieli różnych środowisk. Poprzez wspólne działanie, debatę (której tak nagle niektórzy kandydaci unikają) stworzymy okoliczności, że nowo wybrany prezydent będzie realizował Prezydenturę Otwartą.
Zaskoczenie? Może tym, że czytając jego wywody, uśniemy po trzech minutach, zamiast zwyczajowo po pięciu? Osobiście ciekawi mnie, czy Pawlak naprawdę wierzy, że to co pisze, jest czymś innym, niż okrągłym słowotokiem?
Kornel Morawiecki, człowiek z szacownym życiorysem, ale od lat błąkający się po marginesach życia politycznego w Polsce, wykonał ruch, któremu trudno odmówić racji, gdy chodzi o zawartą w nim myśl, natomiast świadczący o całkowitym negowaniu rzeczywistości. A nie znam przypadku, że ktoś z nią kiedyś wygrał.
Chcąc stanąć do mniej więcej równej walki z liderami politycznego rynku, nie wystarczy mieć rację. Trzeba także pomysłu na dotarcie z nią do wyborcy. Najlepszy przysmak na świecie też trzeba atrakcyjnie opakować. A cóż nam proponuje „peleton”? Nudne pomrukiwanie, oklepaną formę zapewnień o swej dobrej woli, apele, kosmiczne propozycje itd. Tak nie tylko nie zostanie się prezydentem, ale nawet liczącym się politykiem. Wyborca musi poczuć, że ten człowiek naprawdę o niego zabiega, że jest dla tego kogoś ważny. Brak inwencji marketingowej to skaza, z którą o karierze politycznej nie ma co marzyć.
Przeglądałem materiały z kampanii wyborczej Roosevelta z pocz. XX wieku. Były przygotowane na miarę możliwości ówczesnej techniki. Jednak pomysłowości i autentycznej wiedzy o potrzebach i zwyczajach wyborców było w nich tyle, że gdyby Roosevelt wystartował dziś w Polsce, nasz „peleton” stałby się zwykłym ogonem. Choć, rzecz jasna, ma we wszystkim rację.
Jerzy Łukaszewski
