Jak nas widzą
Tagi: Andrzej Olechowski, kampania wyborcza, Lech Kaczyński, marketing polityczny, Paweł Piskorski, PR, wizerunek, wybory, Zyta Gilowska
Kiedy w 1633 roku Jerzy Ossoliński jako polski poseł wjeżdżał do Rzymu, mieszkańcy przeżyli szok. Nie dość, że drogie kamienie były guzikami na ubiorach gości, złote nici błyszczały na jedwabiach jak słoneczne promienie, to jeszcze ich konie gubiły na drodze srebrne podkowy, na które rzucał się tłum gapiów.
Wrażenie: owi egzotycznie i niezwykle bogato ubrani posłowie muszą reprezentować wyjątkowo potężnego władcę, z którym należy się liczyć. Ossoliński znał aktualną do dziś prawdę, że poseł prezentuje swego władcę nie tylko wiezionymi listami, ale także efektem, jaki sam wywiera. Pieniądze sypane garściami w ciżbę były więc niczym innym, jak elementem marketingu politycznego, przystosowanym do czasu i miejsca.
Czy coś się zmieniło? Co do zasady – raczej nie.
Trudno powiedzieć, czym kierował się Jarosław Kaczyński proponując Zycie Gilowskiej fotel ministra finansów. Fakt, iż pani profesor potrafiła wmówić wszystkim dookoła, że jest wybitnym fachowcem, miał tu, jak sądzę, niewielkie znaczenie. Znajomość Platformy „od środka” niewątpliwie dużo większe.
Pomijając jej fachowe dokonania, na temat których opinie są skrajne, Zyta Gilowska dała się poznać jako osoba dość niestabilna emocjonalnie, skłonna do agresji wobec osób nie podzielających jej zdania, przy czym elegancja zachowań niekoniecznie była jej cechą wyróżniającą. Po niesławnym odejściu z PO, po przejściach w PiS odeszła z polityki.
Prezydent zgłosił ją jako swego przedstawiciela do RPP. Można więc powiedzieć, że go tam reprezentuje. Na co dzień nie ma to znaczenia, ale w obliczu kampanii wyborczej „ludzie prezydenta” będą jego atutem – bądź ciężarem – ciągnącym słupki poparcia w górę – bądź w dół.
Gdybyż pani Gilowska poprzestała na zasiadaniu w Radzie, nie byłoby problemu. Nie poprzestała. Nie dalej jak dziś ukazał się z nią wywiad w Rzeczpospolitej
Sam tytuł „Tajemnica Donalda Tuska”, chwytliwy i przyciągający, świadczy, że zainteresowania pani profesor nie ograniczają się do finansów. Ma swoje prywatne porachunki do załatwienia i korzysta z okazji. Gdyby robiła to jako osoba już prywatna, powiedziałbym – jej sprawa. Gra na swój rachunek. Jednak jako „człowiek prezydenta” powinna mieć świadomość, że jej zachowanie będzie w taki czy inny sposób rzutowało na postrzeganie jej szefa. Może i ma, skoro maluje jego obraz w tonacji wręcz cukierkowej. Panowie Kaczyńscy wg niej…
Są bardzo uprzejmi w stosunku do kobiet, bardzo solidni w działaniu. Są też opiekuńczy. A w zamian oczekują otwartości w relacjach, konsekwencji i lojalności.
Laurka. Zupełnie inaczej główny przeciwnik prezydenta.
Powiedziałam trochę inaczej: że jako kandydat na prezydenta jest zbyt kapryśny i ma skłonność do okrucieństwa. Nie są to cechy odpowiednie dla sprawowania tego urzędu.
Całe szczęście, że Tusk nie kandyduje, drżelibyśmy ze strachu. Problem jednak w czym innym. Cały wywiad, pełen półprawd i kompletnego mijania się ze znana powszechnie prawdą, ewidentnie nakierowany na prywatną zemstę, nie jest najlepszą rekomendacją dla Lecha Kaczyńskiego, pomimo zawartych w nim laurek. Człowiek, który na swoich reprezentantów wybiera tego rodzaju ludzi, nie daje gwarancji prowadzenia jakiejkolwiek sensownej polityki.
Nie jest to zresztą przypadek odosobniony wśród wybrańców pana prezydenta. Można wręcz powiedzieć, że „jego ludzie” są jego zmorą i to oni w dużej mierze odpowiadają za jego kiepskie notowania.
To, że pani Gilowska potrafi przełożyć prywatne fochy ponad obowiązki, nie jest dobrą wiadomością, choć pewnie nie zaskoczeniem, dla L. Kaczyńskiego.
A bywają i sytuacje odwrotne. Andrzej Olechowski, człowiek dość życzliwie postrzegany przez media i sporą część wyborców, decydując się na stanięcie w szrankach wyborczych, potrzebował politycznego wsparcia. Pytaniem retorycznym jest, czy lepiej nie znaleźć go wcale i zachować względnie czyste konto, czy też brać, co się na ulicy znalazło? Czy człowiek o doświadczeniu Olechowskiego nie rozumie, że poparcie Pawła Piskorskiego, szczególnie w świetle ostatnich sensacji, którymi jego partia karmiła media, jest wręcz gwarantem klęski?
Rekordzista świata w nieprzerwanym wygrywaniu w kasynie może budzić zazdrość, podziw lub wesołość. Nie jest jednak dobrym zapleczem dla polityka w dobie powszechnej, przynajmniej w deklaracjach, walki z korupcją. Jeśli na dodatek sama popierająca go partia rozdarta jest własnymi kłopotami, to wynik przewidzieć nietrudno. Na cóż więc liczy Olechowski?
Polityka to gra zespołowa. Kiedy wrze praca nad programem w zaciszach gabinetów, lider może być wszystkim. Jedynym decydentem, przewodnikiem, nauczycielem, guru. Jednak po wyjściu na zewnątrz nawet szeregowy członek partii potrafi zburzyć długo i starannie konstruowaną budowlę. Dobór współpracowników jest jedną z większych umiejętności w polityce i najdobitniej pokazuje, kim naprawdę jest polityk, na którego mamy oddać głos.
Jerzy Łukaszewski

Zyta to ultranerwus, nie trzeba przebywać w jej towarzystwie, by mieć co do tego pewność. Jak widać nie tylko nerwus ale i mściwa bestia:>
Olechowski nie miał wyjścia. Miał do wyboru albo brak zaplecza, albo zaplecze miernej jakości. Wybrał to drugie. Co było alternatywą? Przeprosiny i misiaczki z Tuskiem? Niemożliwe. Samodzielne budowanie samodzielnego bytu politycznego? Niemożliwe. Została więc partia – polityczna wydmuszka i jej mocno skompromitowany lider – Piskorski.