Niewierny Tomasz, czyli co łączy Nałęcza z Obamą
Tagi: Barack Obama, kandydat, Partia Demokratyczna, plakat, porównania, Socjaldemokracja Polska, sondaże, Tomasz Nałęcz, wybory prezydenckie
http://usa2008.blox.pl/resource/Barack_Obama_gest.jpg
Miał być Tomasz ATRAKCJA Nałęcz i jest. W roli kandydata na prezydenta niegdysiejszy przewodniczący komisji śledczej ds. afery Rywina idzie – mówiąc krótko – po bandzie. Nie wierzy w sondaże, które nie dają mu szans, jest za to przekonany, że coś go łączy z – uwaga! – Barackiem Obamą. Kampania bilboardowa właśnie ruszyła.
Zobaczmy najpierw, jak wyglądają plakaty, które od dzisiaj, w liczbie kilkudziesięciu, zawisły w Warszawie (na razie tylko tam). Jeden obraz za tysiąc słów, choć tych na nim też nie brakuje:
Obaj widoczni na nim panowie nie przez przypadek się uśmiechają. No cóż – jest wesoło. Zacznijmy od przesłania. Pierwsza część tego, bądźmy szczerzy, niekoniecznie najbardziej chwytliwego i zapadającego w pamięć hasła jest – w zależności od tego, z jakiej popatrzymy perspektywy – albo nieweryfikowalna, albo nieprawdziwa. Nie wiemy wszak wiele (przynajmniej jako przeciętni, potencjalni wyborcy) o stanie umysłu Baracka Obamy zanim zaczął być prezydentem Stanów Zjednoczonych, sugeruje się nam jednak, że został wybrany na jedno z najważniejszych stanowisk publicznych na świecie, ponieważ nie przejmował się tym, co wskazywały sondaże. Właśnie to, czy faktycznie się nie przejmował i rzeczywiście im nie wierzył, trudne jest do sprawdzenia. Już to jednak, jakie owe sondaże były, zweryfikować można. I tak na przykład mniej więcej na dwa tygodnie przed głosowaniem, jakie odbyło się w Stanach Zjednoczonych 4 listopada 2008 roku (podajemy za „Gazetą Wyborczą” z października 2008 roku):
Demokratyczny kandydat na prezydenta USA Barack Obama ma przewagę 10 punktów procentowych nad swym republikańskim rywalem Johnem McCainem – wynika z opublikowanego sondażu Reuters/C-SPAN/Zogby.
Poparcie dla Obamy zadeklarowało 51 procent ankietowanych, natomiast dla McCaina – 41 procent. W takiej samej ankiecie w czwartek przewaga Obamy wynosiła 12 punktów procentowych.
Dobrze, że nie uwierzył, bo pewnie w przeciwnym razie spocząłby na laurach i na ostatniej prostej wszystko zaprzepaścił.
A Nałęcz?
Gdyby uwierzył w sondaże, nie wystartowałby
Tomasz jest niewierny, więc mamy kandydata. Znaczący jest tu przede wszystkim sam stosunek do sondaży, bardzo charakterystyczny, determinowany bowiem tym, jaką się w nich znajduje pozycję. I wcale nie chcemy tu nikogo przekonywać, by do sondaży podchodził z nabożeństwem i traktował ich wskazania jak wyroki boże (premier Tusk już wystarczy). Sceptycyzm wobec rankingów, szczególnie w przypadku kandydatów spoza głównego nurtu, nie mogących liczyć na szczególną sympatię mediów, jest jak najbardziej wskazany (najlepszym tego dowodem wybory do Parlamentu Europejskiego w roku 2004, zakończone sporym sukcesem „niewidocznej” w sondażach LPR). Warto jednak wystrzegać się pułapki: skoro ktoś (tu: Nałęcz) nie wierzy sondażom, po co aż tyle o nich mówi? Czemu to im właśnie poświęca te raptem kilka słów, które może zmieścić na wyborczym plakacie?
Co mówi przyszłemu wyborcy ten przekaz (na marginesie zwróćmy uwagę, że ciężki w odbiorze, pięciosylabowych czasowników w trybie przypuszczającym nie czyta się bowiem zbyt dobrze nawet, gdy zapisane są dużą czcionką – już bardziej przystępnie brzmiałoby: „Gdyby uwierzył w sondaże, to by nie wystartował”):
- Tomasz Nałęcz nie wierzy sondażom;
- nie zachodzi przesłanka, która Tomasza Nałęcza odstręczałaby od startu w wyborach;
- Tomasz startuje, bo nie wierzy (choć to już wyrażone jest nie wprost).
Czy to są aby na pewno wystarczające argumenty dla przekonania obywateli do głosowania na kandydata Nałęcza? Czy faktycznie samo kolorowe
Tomasz NAŁĘCZ
załatwia wszystko i wystarcza za argumentację? Jeśli nie, to na zdjęciu jest przecież jeszcze Barack Obama, który kandydaturę Nałęcza ma w jakiś tajemniczy sposób uzasadniać. Ale czy jest w tym w ogóle sens? Co niby łączy Obamę z Nałęczem oprócz rzekomej niewiary w sondaże? Dlaczego mielibyśmy dać się w ten sposób przekonać?
Niestety – druga odsłona kampanii Tomasz Nałęcza (o pierwszej pisaliśmy tutaj) i po raz drugi chaos, brak spójności przekazu i niezamierzona śmieszność. Stosując porównania, warto znać miarę. Może to i wyświechtany reklamowy frazes, ale „prawie” naprawdę robi różnicę.
A przyczepić się można nawet do kompozycji plakatu: Nałęcz z jednej strony, z podpisem bezpośrednio pod jego sylwetką – „Socjaldemokracja Polska”; Obama z przeciwnej, podpisany „Partia Demokratyczna | demokraci.pl”. Że niby taka zapowiedź pojedynku? W czerwonym narożniku reprezentant jednego klubu, w niebieskim drugiego? Brakuje tylko „VS.” środku.
Poza wszystkim zaś: skoro Nałęcz to polski Obama czekamy w takim razie na polską wersję Obama Girl – Dziewczynę Nałęcza. Czas do jej ujawnienia się (może Brygida Kuźniak?) proponujemy umilić sobie przypomnieniem oryginału:



Dobrze, że zobaczyłem ten bilbord, nie wiedziałem, że Obama reprezentuje partię demokraci.pl. Wygladal tak jakos swojsko-polsko, ale nie spodziewalem sie, ze to nasz towar eksportowy. Czy to jakis sojusz Demokraci w USA i demokraci.pl?
Polska Obama-girl będzie musiała być tylko nałęczką nakryta, co będzie zarówno bardzo sexy, jak i chwyci za serca kręgi narodowo-konserwatywne.