Martin Luther Kalisz ma marzenie
Tagi: akcentowanie, intonacja, komunikacja polityczna, marzenie, parodia, patos, PR, przemówienie, retoryka, wizerunek, wystąpienie publiczne
http://plakaplaka.blox.pl/resource/KaliszMocher.jpg
Miniprzemówienie Kalisza na temat zapędów Tuska w kierunku zmiany konstytucji wzorowane było na legendarnym przemówieniu, które wygłosił w Martin Luther King w 1963 roku w czasie Marszu na Waszyngton. Chyba lepiej wypadłoby, gdyby było zwyczajnie, po Kaliszowemu.
W 1963 roku w Waszyngtome Luther King powiedział między innymi:
Marzę, że pewnego dnia ten naród powstanie i zacznie żyć wedle przesłania swojej wiary. Prawda o tym, że wszyscy ludzie są z natury równi, nie wymaga dowodu. (…) Marzę, że pewnego dnia czworo małych dzieci będzie żyło w społeczeństwie, w którym nie będą osądzane po kolorze skóry, ale podług swych charakterów.
W 2009 roku w Warszawie Kalisz rzekł:
Ja marzę o takim premierze, marzę o takiej sile politycznej, która będzie podejmowała decyzje merytoryczne, nie pod wpływem wizerunku, nie pod wpływem PR-u, zakrycia czegoś, tylko najlepsze, merytoryczne, po głębokiej dyskusji z ekspertami, ludźmi, którzy znają się na rzeczy i to w każdej dziedzinie. Marzę, marzę, drodzy obywatele! Mam nadzieję, że…, jestem przekonany, podzielacie moje marzenie, żeby władza była merytoryczna. (…) Merytoryczne przygotowanie najwyższych przedstawicieli, wołamy o to!
Można by rzec – nieźle, panie Kalisz, nieźle. Ale i nie dobrze. Z jednej bowiem strony dobrze jest wzorować się na najlepszych z drugiej natomiast warto zachować ostrożność; mowa inspirowana zawsze może sprawić wrażenie podszytej sarkazmem parodii. I tak stało się w tym przypadku.
Gdy ktoś, kto mówi o sprawach ważnych i poważnych uśmiecha się przy tej okazji i świadomie bawi się kingopodobną konwencją intonacyjną, karykaturalnie akcentując, poważnie ryzykuje. Wśród widzów i słuchaczy rodzi się bowiem wrażenie, że albo Kalisz nie traktuje poważnie tego co mówi, albo nie liczy na poważne potraktowanie swych słów przez ich adresatów – obywateli.
W tym wcale przecież nie improwizowanym przemówieniu było kilka niedociącnięć. Odnośnie formy – udający Kinga Kalisz zaakcentował – przykładowo – słowo „wpływ” „nie pod włyyywem wizerunku” zamiast słowa „wizerunek”. Odnośnie treści: trudno mówić cokolwiek „pod wpływem zakrycia czegoś”. Słuchanie ludzi, który „znają się na rzeczy i to w każdej dziedzinie” to także nienajlepszy pomysł. Wrażenie zepsuła ponadto zbitka słów: „mam nadzieję, że…, jestem przekonany”.
Reasumując, Kalisz porwał się z motyką na słońce. Jest – trzeba mu to przyznać – dość sprawny retorycznie jak na polskie warunki, ale nie dostatecznie sprawny, by w sposób wiarygodny przemawiać z patosem. Jest zresztą do tego zadania osobowościowo nieprzygotowany. Przy jego dość rubasznym usposobieniu prawie każda próba wejścia w ton poważny i przepełniony wzniosłymi wartościami sprawia wrażenie błazenady. Poza tym przemawianie patetyczne, kaznodziejskie jest w amerykańskiej komunikacji politycznej praktyką dość powszechną, w polskiej zaś – nie, wypada więc zwykle bardzo nienaturalnie.
Przypomnieć wypada więc naczelną zasadę rządzącą wystąpieniami publicznymi: gdy nie potrafisz użyć środków wyrafinowanych, użyj prostszych, nie skompromitujesz się wówczas.
Rafał Garpiel

Ten gosc potrafi naprawde ladnie mowic. Niestety koncentruje sie przesadnie na sobie i nie potrafi nawet tego narcyzmu ukryc. No i efekt jest taki, jak w omawianym przypadku: samozachwyt przeslonil mu oczy:)