W oparach lepszych fajek

Tagi: , , , , , , , ,

W oparach lepszych fajek http://faculty.evansville.edu/rl29/art105/img/wood_amgothic.jpg

Od dwóch dni Unia Europejska ma swojego prezydenta i szefową dyplomacji. Wybrani zostali – jeśli ufać słowom ministra Radosława Sikorskiego z początku tygodnia, wypowiedzianym zanim jeszcze decyzje zapadły – „na zasadzie targu politycznego w pokoju pełnym papierosowego dymu”. Komentarzy oraz reakcji polskich polityków na to jak na lekarstwo. I tylko premier przypomina, że jesteśmy liderem.

Co wybór Hermana van Rompuy na stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej oraz Catherine Ashton na funkcję szefowej dyplomacji UE oznacza dla Unii oraz dla Polski dopiero się przekonamy. Na razie można spekulować. Na pewno zaś wiemy jedno i na tym się tymczasem skupmy: polska dyplomacja poniosła na brukselskim szczycie porażkę. Osobną sprawą jest, czy była ona – w obliczu działania zgodnie i w porozumieniu największych unijnych graczy, Francji i Niemiec – w ogóle do uniknięcia, pozostaje jednak faktem, że ekipa Sikorskiego zakładanych celów nie osiągnęła. Przypomnijmy, że polski minister spraw zagranicznych postulował, by duet prezydent-szef dyplomacji UE wybierany był po uprzednim przesłuchaniu kandydatów przez liderów wszystkich państw członkowskich. Miało to zapewnić przynajmniej minimum demokracji w procedurze obsadzania nominalnie najważniejszych unijnych stanowisk. Oprócz Sikorskiego zwolenników „castingu” było jednak niewielu, Polsce zaś – wbrew mocno forsowanym teoriom o sprawności naszej dyplomacji osobliwie w tej właśnie dziedzinie – nie udało się stworzyć regionalnej ani żadnej innej koalicji państw, które takie rozwiązanie by poparły. Sikorski zatem odpuścił i zgodził się z argumentami przedstawicieli szwedzkiej prezydencji (pisaliśmy o tym we wtorek), że przyszłemu prezydentowi UE przesłuchania robić nie wypada. A szefowi dyplomacji? Sikorski grał wtedy ostro, wierząc być może wciąż, że racjonalne argumenty w połączeniu z  wolą częściowego kompromisu, coś dadzą:

Ministrowi spraw zagranicznych naprawdę korona z głowy nie spadnie, jeśli na forum premierów i prezydentów zaprezentują swoją wizję. (…) Nie wyobrażam sobie, że moglibyśmy wybrać na te stanowiska ludzi, o których mało wiemy, na zasadzie targu politycznego w pokoju pełnym papierosowego dymu.

Gdy w czwartek okazało się, że Angela Merkel i Nicolas Sarkozy zważają na te argumenty, delikatnie mówiąc, mało, minister Sikorski po prostu spuścił głowę i pogratulował Ashton i Rompuyowi. Natychmiast też przestał używać słowa „casting”, którym wcześniej tak chętnie się posługiwał dla nazwania procedury, która miała być polskim wkładem w rozwój europejskiej demokracji. Porażki lepiej zmilczeć (tym bardziej, że nikomu się jakoś nie śpieszy, by je wypominać, o czym za chwilę) i Sikorski dobrze o tym wie.

A jak na brukselskie rozdanie zareagował premier? W swoim stylu:

Uznajemy to za wybór dla Polski najzwyczajniej bezpieczny – uważa premier. Tusk zdradził, że faworytem Polski na stanowisko „prezydenta UE” był premier Luksemburga Jean-Claude Juncker. Premier przyznał, że drugi na polskiej liście van Rompuy nie jest „gwiazdą”, ale cieszył się, że jego poglądy w sprawach integracji europejskiej są zbliżone do polskich.

Czyli jest dobrze, premier zaś to „swój chłop”, który mówi szczerze, bez ściemniania. Nie wszystko nam się udało, ale mieliśmy plan B i ten zaskoczył. Komentarz w danych okolicznościach bez mała doskonały, gdyby nie „psikus” ze strony samego van Rompuya. Otóż nowy prezydent UE jest, jak podaje choćby serwis BBC (w Polsce napisał o tym – za „Daily Mail” – „Dziennik”), zagorzałym federalistą i m.in. zwolennikiem zastąpienia symboli narodowych poszczególnych państw członkowskich na dokumentach, tablicach rejestracyjnych itp., jednolitymi oznaczeniami europejskimi.

Oznacza to ni mniej, ni więcej, że Tusk (oraz jego doradcy!) w istocie nie ma zielonego pojęcia o poglądach van Rompuya (chyba, że chciał zakomunikować wyborcom, że woli kółko ze złotych gwiazdek od białego orła), co – w kontekście, że premier sam mówi przy tej okazji o polskim bezpieczeństwie – może być dla Polski właśnie niebezpieczne.

Tyle że, czy ktokolwiek w Warszawie i okolicach w ogóle zwrócił na to uwagę? Bo przecież najbardziej zastanawiające w całej tej sytuacji nie jest to, że Tusk i Sikorski nie rozpamiętują na forum publicznym kolejnej swojej porażki, ale że w ogóle nie stara się tego „wygrać” PiS. Wcale nie wypowiada się Migalski, głos zabiera co prawda Paweł Kowal, ale brzmi on jakoś cicho, nie widać komentarzy polityków opozycji w mediach głównego nurtu, nie ma ich nawet na oficjalnej stronie partii. Błąd to niewybaczalny, bo sytuacja aż się prosi, by przynajmniej naderżnąć „watahy” (PO tym razem). A niewykorzystane sytuacje – jak mawia klasyk piłkarskiego komentarzu – lubią się mścić.

Pointą niech będzie jedna jeszcze w tym tygodniu wypowiedź aktora. Marek Kondrat najwyraźniej niestety ośmielił kolegów po fachu (przynajmniej jednego), by uwierzyli, że powinni zabierać głos w kwestii polityki, szczególnie zagranicznej. Tym razem Jerzy Bończak:

Zachwyca mnie także nasza pozycja w Europie. W tym roku po raz pierwszy od długiego czasu wyjechałem za granicę. Podróżowałem przez kilka państ i wszędzie czułem się na miejscu. Nie byłem skrępowany, gorszy, nikt nie robił mi na granicach przykrości.

Czemu pastwię się nad Bończakiem? (żeby nie było wątpliwości – cytat pochodzi z tekstu zatytułowanego „Niech rządy PO trwają jak najdłużej”). Bo jego wypowiedź jest pod wieloma względami bardzo charakterystyczna: w Polsce najwyraźniej wciąż pokutuje przekonanie, że jeśli przedstawiciele tzw. Zachodu na nas nie plują, nie wyśmiewają i nie wytykają nas palcami, to już jest świetnie. A jeśli jeszcze pozwolą się wypowiedzieć – jak Sikorskiemu, gdy proponował „castingi”, z których nic potem nie wyszło – to już ho ho!

Smutna sprawa, ale jeszcze smutniejsze, że żerują na tym rządzący. Bowiem by zaspokoić międzynarodowe aspiracje osób o mentalności ubogich krewnych wychowanych w PRL, europejskie „sukcesy” Tuska faktycznie wystarczą (przypomnijmy właśnie Marka Kondrata i jego pochwałę relacji Tusk-Merkel), jednak na budowanie autentycznie mocnej pozycji Polski w UE to o wiele za mało.

Tomasz Sankara
  • Share/Bookmark

Jeden komentarz do “W oparach lepszych fajek”

  1. Spinka

    We współczesnej polityce nie chodzi przecież o to, by symbol X zastąpić symbolem Y, ale by wyzwolić się spod jarzma potęgujących antagonizmy symboli, a nie dać się wyciągnąć z jednego gorącego kociołka na rzecz innego, równie gorącego.

Skomentuj