Niech żyją nasi sojusznicy..
Tagi: Downing Street, Gordon Brown, kondolencje, Nasi, spin do, spin doktorzy, Wielka Brytania
http://www.mirror.co.uk/
..Amerykanie i Anglicy. Zwłaszcza Anglicy. Dlaczego? Bo mamy dziś święto narodowe: Dzień Niepodległości i dumy z Państwa Polskiego, wypada więc dać wolne Naszym. Choćby na chwilę. No ale właśnie – rodzimi politycy to przecież nie wszystko, są jeszcze inni, jak choćby Gordon Brown, subtelny niczym poseł.. No dobra, miało nie być o Naszych.
Zachowanie sprzed dwóch dni premiera Wielkiej Brytanii to znakomita lekcja poglądowa dla wszystkich, którym wydaje się, że to tylko polski Sejm i polscy politycy to w swojej masie hałastra, a na magicznym (wciąż jak w PRL) Zachodzie naprawdę jest Wersal i wszyscy decydenci nazywają się co najmniej równie dystyngowanie jak Valéry Giscard d’Estaing.
Ale miało być o Brownie. Sprawa tragiczna – śmierć brytyjskiego żołnierza na zagranicznej misji wojskowej (w Afganistanie). Zgodnie z przyjętą na Wyspach procedurą, list kondolencyjny do rodziny zmarłego pisze w podobnej sytuacji sam szef Gabinetu Jej Królewskiej Mości. By podkreślić, jak bardzo władza szanuje obywateli i jak mocno premiera dotyczy każdy taki jednostkowy przypadek, robi to odręcznie. Ładny gest, chyba że pisze się na kolanie. Wtedy to wizerunkowa katastrofa (zwłaszcza, gdy list trafi w ręce redaktorów tabloidu).
To zniewaga. Premier chyba pisał ten list na kolanie. Tak szybko, że nie mogłam tego rozczytać. Błędów jest masa, nawet w naszym nazwisku. Byłam wściekła. To brak szacunku dla pamięci mojego syna i wszystkich innych żołnierzy, którzy zginęli pełniąc służbę
- tak reakcję matki zabitego przytoczył „The Sun” (wszystkie cytaty za „Gazetą Wyborczą”) i dodał zdjęcie zeskanowanego listu.
thesun.co.uk
Downing Street, mamy problem. Najciekawsze w tym wszystkim, jak na publikację zareagowali spin doktorzy Gordona Browna. Otóż poszli w zaparte:
Premier poświęca dużo czasu pisząc osobiście do każdej rodziny, która straciła kogoś w Afganistanie, by wyrazić wdzięczność za poświęcenie dla kraju. Nigdy świadomie nie pomyliłby czyjegoś nazwiska.
Dużo czasu na list pisany na kolanie? Oj, nie świadczy to najlepiej o organizacji pracy Gabinetu. A że pomylił nieświadomie? No cóż, czyżby ludzie odpowiedzialni za wizerunek szefa Partii Pracy zrozumieli, że zarzuca mu się rozmyślny żart albo złośliwość? Żałosne te tłumaczenia. Pewnie, że zrobił to (zamienił Jonesa na Jamesa) nieświadomie, ale nijak go to nie usprawiedliwia. Błędy i owszem, zdarzają się wszystkim, ale takich premierowi kraju robić po prostu nie wolno.
***
Tak to się robi na Zachodzie. Byle tylko Nasi nie wyciągnęli z tego najgorszych z możliwych wniosków: że skoro kompromituje się nawet premier Wielkiej Brytanii, to czemu ktoś znów się ich czepia? A co, nie można się spotkać na cmentarzu?
